W dzielnicy Jung jeden z pięciogwiazdkowych,
elitarnych hoteli Lotte był oblężony przez paparazzi, samochody stacji
telewizyjnych, a nawet dwa helikoptery,
których reflektory były skierowane na główne wejście, zaś śmigła wytwarzały na
tyle wielki harmider, aby uprzykrzyć innym gościom sen.
Na Foyer (wym. Fuaje) zgromadziło się ponad trzysta elegancko ubranych ludzi, w
większej mierze mężczyzn, którzy z lampkami szampana w dłoniach oczekiwali na
otwarcie Szmaragdowej Sali Balowej. Zebrali się w znajome koła, zapoznawali z
innymi, przybierali na twarze fałszywe, empatyczne uśmiechy. Gwar rozmów oraz
głośnych, sztucznych rechotów zagłuszał wirniki helikopterów krążących na
zewnątrz.
Jeden jegomość nie kwapił się podejść do żadnej
grupy, gdyż był zbyt zajęty rozmową przez telefon, będąc niemalże wtopionym w
ścienne okno z widokiem na otoczone mrokiem miasto. Jego jasne, kasztanowe,
prawie rude, włosy lśniły w świetle kryształowych żyrandoli, zaś od postawy biła
pewność, a także niezależność. W momencie, gdy skończył rozmawiać drzwi do sali
otwarły się i cała zgraja bogaczy zaczęła wchodzić do środka w poszukiwaniu
swoich miejsc.
Młodemu mężczyźnie nigdzie nie było spieszno. Wpierw
wzrokiem odnalazł na liście swoje imię oraz nazwisko, potem umiejscowienie
stolika wraz z listą czterech osób, z którymi musiał dzielić. Z ciężkim
westchnięciem poprawił grzywkę opadającą na prawe oko, po czym jako jeden z
ostatnich wszedł do bogato wystrojonej sali, zdolnej pomieścić nawet siedemset
gości. Białe obrusy, czarne pokrowce na krzesła, niemalże pełna zastawa, a
także obecna obsługa rozstawiona w kątach sali oddawała ważność imprezy.
Ze sprytem kota przedostał się pomiędzy stolikami
pozostając niezauważonym. Miejsce, gdzie znajdował się firmowy stół, było dla
niego co najmniej śmieszne. Samo centrum sali. Akurat kiedy dotarł w jego
stronę odwrócił się CEO spółki Daimler. Zmarszczki tegoż człowieka mogły robić
za nowy wzór ceramicznych waz. Przywitał się z nim mocnym uściskiem dłoni oraz
lekkim uśmiechem, a następnie zostali mu przedstawieni dyrektor generalny
finansów oraz prezes firmy Smart podległej Daimler, tak samo jak Im Jae Bum i
jego firma Mercedes-Benz.
Krzesła przy stołach były ustawione tak, by nikt nie
siedział tyłem do parkietu oraz sceny, gdzie znajdowała się mównica. Po zajęciu
miejsca, w oka mgnieniu z prawej strony Smarta znalazł się kelner proponujący
wodę, wina oraz soki. Zgodnie ze wskazówkami zegara w ruch poszło francuskie, wytrawne,
czerwone wino.
Niezainteresowany rytuałem rozlewania alkoholu
spojrzał na kartkę formatu A5, która leżała pod złożoną w wachlarz serwetką
każdego gościa. Zawierała krótki plan całej imprezy oraz informacje dotyczące
dotacji, które dany stolik miał wypisać na czeku i włożyć w kopertę. Wszystko
było w czterech językach: koreańskim, chińskim, japońskim oraz angielskim.
- Przepraszam bardzo. – Uniósł wzrok i spojrzał
wpierw na siedzącego obok wiceprezesa, a potem dopiero na CEO, który już zaczął
znęcać się nad obsługą. – Mogę prosić o dostawienie jeszcze jednego miejsca?
Organizator jest z naszej firmy i najwidoczniej nie został uwzględniony.
Wysoki, chudy chłopak z małym przerażeniem w oczach
przeprosił parokrotnie, po czym niemalże w podskokach zniknął z sali, by jak
najszybciej uzupełnić brakującą zastawę.
Reszta mężczyzn, wraz z Jae Bum’em, spojrzała
pytająco na dyrektora generalnego.
- Czemu tak na mnie patrzycie? – Żachnął się, po
czym upił większy łyk wina, a następnie świńsko oblizał swoje usta. –
Organizator dzisiejszej imprezy to nowy wiceprezes Maybach. Przychodzicie na
galę i nawet nie wiecie, kto ją organizuje? Nie wspominam nawet o naszej
spółce, którą się najwidoczniej nie interesujecie. Słabo, moi mili.
Im powstrzymał się od westchnięcia lub innego
niepożądanego gestu, jednocześnie rozmyślając nad całą tą imprezą. Głównym
planem był szybki powrót do domu zaraz po zakończeniu licytacji, zaś pobocznym
upicie się na tyle, by było to niewidoczne, ale wystarczające, aby nie słuchać
tego starego zgreda. Ostatecznie postanowił je ze sobą wymieszać.
Nim zdążył sięgnąć po kieliszek jasne światła
zaczęły przygasać, a na ich miejsce pojawiła się granatowa poświata. Tylko
scena wraz z mównicą pozostały należycie oświetlone. Na sali zapadła wyjątkowa
cisza. Wielki ekran rozbłysnął, po czym pojawił się napis:
Gala rozdania nagród Pulceneo
2014
Zaczęła grać cicha muzyka, a parę sekund później na
podest wkroczył blondwłosy mężczyzna. Z dumą przeszedł do mównicy, gdzie wpierw
wszystko ułożył, ustawił i uśmiechnął się do publiczności. Jae Bum został
ogarnięty przez ewidentną nudę, więc sięgnął po kieliszek z winem i zaczął je
powoli sączyć, mając wzrok wbity w bukiet kolorowych kwiatów w wazonie stojącym
na środku stołu. Prawdopodobnie farbowanych lilii.
- Dobry wieczór wszystkim tu zebranym. – Jakże
młody, męski głos wypłynął z głośników, który zaciekawił rudowłosego w takiej
mierze, że spojrzał z powrotem w stronę sceny. – Jestem wiceprezesem Maybach,
synem prezesa Wang Rui Ji, Wang Ka Yee. Główny organizator dzisiejszej Gali
Pulceneo oraz przewodniczący akcji charytatywnej na rzecz chorych dzieci w
seulskich szpitalach.
Kiedy Jae Bum usłyszał te informacje zakrztusił się
alkoholem. Zakrył usta dłonią, starając się jak najciszej pokasływać, ale i tak
kilka par oczu było zwrócone ku niemu, w tym całego stolika. Z załzawionymi
oczami ledwo dał radę klaskać, a na pytanie, czy wszystko w porządku, z lekkim
uśmiechem skinął głową. W końcu nie codziennie widzi się, ba, słyszy, żywego
trupa.
- Na początku zaczniemy od krótkiego sprawdzenia
obecności, wyjaśnienia kilku spraw, a potem w kolejności przejdziemy do
rozdania nagród, następnie licytacji. – Wciąż mówił z odsłoniętymi białymi
kłami, wzrokiem obiegając salę. – Ale to już poprowadzi drugi organizator,
który sam się przedstawi.
Kolejne oklaski, po czym pan Wang, chińczyk, lat
dwadzieścia trzy, metr siedemdziesiąt cztery wzrostu, zaczesane w tył blond
włosy; zszedł z podestu i zmierzył wprost do dostawionego miejsca przy stoliku
spółki Daimler. Żadnych widocznych zadrapań, uszczerbków fizycznych, ani nawet
psychicznych.
Sam Jae Bum nie wiedział, czy ma omamy, a może to
zakrzywiona rzeczywistość. Ów facet powinien już martwy leżeć pod ziemią i
bawić się z dżdżownicami, a nie normalnie sobie podchodzić i witać się z każdym
napotkanym człowiekiem.
- Jak przystało na syna prezesa, pierwsze wrażenie
zrobione perfekcyjnie. – Stary dziad poklepał go po plecach oraz mocno uścisnął
dłoń, po czym zaczął przedstawiać resztę. – Poznaj swoich wspólników, czyli
Choi Dong Wook, firma Smart, oraz Im Jae Bum, który jest prezesem Mercedesa.
Podobnież Twój ojciec zrezygnował z samodzielnego bytu Maybacha i postanowił przedłużyć,
a także ulepszyć współpracę, by stworzyć bardziej luksusową wersję.
Uścisnął dłoń młodszego mężczyzny, niemalże
piorunując go wzrokiem. Skóra była ciepła, więc opcja żywego trupa odpadła. Nadal
był dla niego, jak medyczna zagadka, bo godzinę temu przez telefon usłyszał
potwierdzenie o jego śmierci.
- To była decyzja mojego ojca, w której ja miałem
najmniejszy udział… - Przy odpowiedzi wyglądał na lekko zmieszanego.
Podstawiony
sobowtór?
- Umowa zostanie przedłużona już jutro w południe, w
mojej firmie. – Poinformował go Im, siadając z powrotem na swoje miejsce. – Mam
skrytą nadzieję, że zaszczyci nas pan swoją obecnością, skoro mamy razem
stworzyć coś niesamowitego, a zaczniemy od zwyczajnego pliku kartek.
Pomyłka?
- Ależ oczywiście. To jest mój priorytet. – Odparł,
nadal stojąc przy stole. – Na moment panów opuszczam. Muszę wykonać ważny
telefon, a tutaj jest trochę zbyt głośno.
Przeżył?
Szybkim krokiem oddalił się w stronę wyjścia. Jae
Bum również przeprosił, tłumacząc się toaletą. Podążył za Wang’iem między
stolikami, czując na sobie spojrzenia spragnionych kobiet oraz nienawistnych
mężczyzn. Na Foyer dało się wyczuć bardziej chłodne, lekkie powietrze,
całkowicie różniące się od tego na sali. Obsługa wystawiała akurat bufet, ale
nawet na nich nie spojrzał, gdyż musiał na razie w odpowiedniej odległości trzymać
się za Ka Yee.
Minęli kolejne dwa wejścia do sali, a następnie
znaleźli się przy windach, szatni, aż młodszy wszedł do męskiej toalety. Im był
odrobinę zdziwiony, gdyż tamten mówił o jakimś ważnym telefonie, a na samym
korytarzu było wystarczająco cicho, by móc go wykonać. Nie zaprzątając sobie
tym dłużej myśli wszedł za nim do eleganckiej łazienki, w której królował biały
marmur z czarnymi wykończeniami.
- Nie miałeś przypadkiem skorzystać z toalety? – W
jednej sekundzie blondwłosy odwrócił się do niego, wymuszając na nim
zatrzymanie się.
- Nie miałeś przypadkiem nie żyć? – Skontrował Jae
Bum, przybierając na usta lekko kpiący uśmiech.
Prychnięcie wydobyło się z ust młodszego, który był
ewidentnie rozbawiony całą tą sytuacją. Spojrzał w lustro, a potem z powrotem
przeniósł wzrok na starszego, bokiem opierając się o kamienną umywalkę, zaś
ramiona skrzyżował poniżej piersi.
- Może tak, może nie. – Wzruszył ramionami, ewidentnie
się drażniąc. – Kto to wie?
- Nie miałeś przypadkiem wykonać jakże ważnego
telefonu?
- Nigdy. Po prostu chciałem z tobą porozmawiać w
cztery oczy i ujrzeć w nich tę nienawiść do mojej osoby. – Cmoknął, mając już
dość zabawy w pytania, i podłożył dłoń pod kran. Czujnik zadziałał, a od ścian
zaczął się odbijać dźwięk szumiącej wody. – Jesteś tak przewidywalny, a to
dopiero nasze pierwsze spotkanie. – Uniósł wzrok z powrotem na osobnika przed
nim. - A nuż pierwsze i ostatnie.
Starszy obejrzał się na krótką chwilę, by mieć
pewność, że nikt nie nadchodzi. Gdyby ktokolwiek usłyszał, że prezes Mercedesa
grozi swojemu przyszłemu wspólnikowi śmiercią, mogłoby go to pogrążyć już na
zawsze.
- Nie wiem, jak uniknąłeś śmierci, ale wiedz, że
postaram się, byś za drugim razem nie mógł zmartwychwstać. – Szept rudowłosego
trafił wprost do uszu Ka Yee, na co ten w ogóle nie zareagował, nadal się
uśmiechając.
- Nie jesteś bogiem. – Odparłszy, zmierzył w stronę
wyjścia, jeszcze na chwilę przystając przy wyższym Jae Bum’ie. – Obyś zdążył
mnie zabić.
W tym momencie uśmiech zniknął z jego ust, a źrenice
iskrzyły wrogością. Postawiwszy krok, został zatrzymany przez silny uścisk
dłoni starszego na jego przedramieniu.
- Grozisz mi? – Zapytał, patrząc na niego z góry, jednocześnie
mocniej ściskając jego rękę.
- Jeśli zdechniesz, dwie firmy staną się jednością
pod moim kierownictwem, a tego byś nie chciał, prawda? – Znowu uśmiech, który
zaczął doprowadzać wyższego do szału. – Życie masz jedno, a następcy żadnego,
więc znaj wartość mojej groźby, inaczej wyprowadzisz się do piekła szybciej,
niż myślisz.
Wyrwał ramię z uścisku wroga, poprawił marynarkę i
opuścił łazienkę, zmierzając z powrotem do sali, gdzie czekali na niego
potencjalni promotorzy, którym musiał, przysłowiowo, wejść w dupę.
¥
Lista
obecności już dawno została sprawdzona i rozpoczęła się coroczna gala rozdania
nagród dla małych oraz ogromnych korporacji umiejscowionych w Seulu. Zwycięzców
kategorii głównie wyczytywali goście specjalni, ale jedna z kopert trafiła
także do Im Jae Bum’a, którego gra aktorska przekraczała wszelkie granice. Gdy
podał zwycięzcy statuetkę w kształcie skrzydeł, jako najlepsza młoda firma na
rynku, niemalże zbiegł ze sceny z powrotem na swoje miejsce. Przez coś tak
prostego można było zauważyć u niego aspołeczność oraz unikanie bycia w centrum
uwagi.
Ledwo usiadł i dopił do końca swoje czerwone wino,
kiedy została otwarta ostatnia koperta.
- Nagrodę za najlepszą współpracę otrzymuje koncern
Mercedes-Maybach. Gratulacje.
Obaj byli zaskoczeni. Wang o mało co nie zwrócił
kawałka sałaty, zaś Im tak mocno uderzył kolanem o stół, że idąc w stronę sceny
musiał bardzo się starać, aby nie okazać najmniejszego bólu.
Pozwolił Ka Yee trzymać statuetkę w dłoniach, zaś
sam zachował bezpieczną odległość, podczas gdy tamten odwalał krótką i jakże
piękną przemowę. W chwili jej zakończenia był blisko ucieczki z powrotem do
stołu, lecz drugi organizator ujął go pod ramię, zaprowadzając do wspólnego,
pamiątkowego zdjęcia.
Sztuczne uśmiechy, masa oślepiających fleszy, a
potem wolność. Przy stole trwała już zażarta dyskusja, w której firmie będzie
znajdowała się statuetka. Nie chcąc zamienić ze sobą ni słowa uzgodnili, że
brzydkie coś w kształcie dwóch podanych sobie dłoni zaaklimatyzuje się w
głównej firmie spółki. Dziad był przeszczęśliwy, zaś młodsi prezesi toczyli
walkę na najgroźniejsze spojrzenie.
Nastąpiła krótka przerwa. Muzyka cicho wypływała z
głośników, zaś wygłodniałe zwierzęta rzuciły się w stronę Foyer na bufet.
Rudowłosy na krótką chwilę pozostał sam przy stole, nagminnie sprawdzając
godzinę. Paręnaście minut po dziesiątej wieczorem. Miał nikłą nadzieję, że Ka
Yee odpuścił i już wyszedł, ale przypomniał sobie o tym, iż był to główny
organizator. Dopił do końca wino, gdy tamten wrócił jedzeniem na talerzu.
- A żebyś się udławił. – Zażyczył mu Jae Bum i
poprosił kelnera o ponowne dolanie wina. Nie czuł się pijany, a ilości wypitego
alkoholu nawet nie liczył. Z każdym łykiem złość mijała, dlatego był to jakiś
sposób przetrwania.
- Dziękuję. – Kolejny denerwujący uśmiech i
całkowite olanie wredności starszego. – Życzę tobie raka wątroby.
Po powrocie reszty bogaczy do stołu postanowił
chociażby na chwilę wstać i od nich odpocząć. Było mu niedobrze od samego
patrzenia, jak się objadali wykwintnym, śmierdzącym żarciem. Wyjście z ciemnej
sali do jasnego korytarza stało się bolesne dla oczu, zaś samopoczucie spadło
na łeb, na szyję z powodu głośnego tłumu. Tuż obok wind znajdowały się dwa
fotele, o dziwo przez nikogo nie zajęte. Skorzystał z okazji i wygodnie się
rozsiadł, łokieć opierając na podłokietniku, a na dłoni policzek. Na
cyferblacie złotego zegarka na lewym nadgarstku widniała dopiero godzina
jedenasta wieczorem. Minęły dwie godziny, a czekała druga tura w postaci
licytacji.
Przez taką ilość ludzi wszędzie było duszno, a
klimatyzacja nie nadawała się do niczego. Chyba, że stanęło się centralnie pod
nią. Wtedy był to jakiś ratunek. Oczywiście znaleźli się królowie, którzy
nakazywali obsłudze ją włączyć, a odpowiedź informująca o jej działaniu od
samego początku, przyjmowali z wielkim oburzeniem, po czym kolejnym rozkazem
było otwarcie okien, których się otworzyć nie da.
W akompaniamencie ciężkiego westchnięcia przymknął
powieki, by móc chociażby przez kilka sekund zregenerować siły wśród całego
tego nieoznakowanego bydła. Wina postanowił już nie pić, ani żadnego innego
alkoholu. Wyłącznie wodę. Niegazowaną.
Ciemność przed oczami zaczęła naprzemiennie zmieniać
barwę z czerwonej na niebieską, potem zieloną, żółtą i tak w kółko, aż ujrzał
sylwetkę Ka Yee. Czyżby już zasnął w tym hałasie i rozpoczął się koszmar? Nic
bardziej mylnego.
Chińczyk uśmiechał się w bardziej perfidny sposób,
niżeli było mu dane ujrzeć wcześniej, podchodząc coraz bliżej. Jego usta
poruszały się, lecz nie potrafił z nich odczytać ani słowa. Mówił do niego w
innym języku? Wyglądało to tak, jakby rzucał jakąś klątwę, co przekraczało
granice ludzkiej głupoty, gdyż coś takiego na pewno nie istniało.
A może?
Nie mógł się ruszyć z fotela. Wstać, obrócić głowy,
drgnąć chociażby palcem. Nawet zamknąć oczu. Żadnej możliwości ucieczki przed
wrogiem, w którego dłoni lśnił srebrzysty pistolet. Nikogo wokół, tylko oni obydwaj
oraz mrok wnikający w ich ciała. Starszemu coraz trudniej było złapać oddech,
kiedy to Wang uniósł rękę z bronią, celując wprost w serce Jae Bum’a. Wargi
młodszego nadal wypowiadały słowa, których nikt
nie mógł usłyszeć.
Zatrzymał się przed rudowłosym w odległości dwóch
metrów. Lufa pistoletu z sekundy na sekundę była coraz bliżej pomimo tego, iż
tamten nawet nie postawił kroku. Zaczęła starszemu zabierać widok na jego
oprawcę. W momencie, gdy zniknął
całkowicie, nastąpił błysk, rozjaśniający wszystko wokół. Chwilowy ból głowy,
po czym poderwał się i otworzył oczy.
Nadal był w hotelu, na tym samym fotelu, zaś z sali
obok wydobywał się ogrom hałasu. Było mu cholernie gorąco, aczkolwiek chciał
wyśmiać sam siebie za zaśnięcie w takim miejscu. Przeszkodził mu w tym kolejny
oślepiający błysk. Kiedy czarne plamki zaatakowały jego wzrok, zdążył zauważyć,
jak ktoś ucieka. Ruszony dziwnym przeczuciem ruszył w pogoń za ów człowiekiem.
Skupiwszy się całkowicie na uciekinierze, który ewidentnie był niższy od niego,
bo prześlizgiwał się pomiędzy ludźmi bez problemu, puszczał mimo uszu swoje
imię wykrzykiwane przez zupełnie nieznane mu indywidua.
Młodzian zmierzający w stronę zaplecza obsługi
odwrócił się na sekundę, by ujrzeć, czy nadal jest ścigany, i to był jego błąd.
Prawym ramieniem uderzył o framugę, przez co go obróciło o sto siedemdziesiąt
stopni i padł na ziemię, a w tym czasie Jae Bum doń dobiegł. Zdjął z szyi
nastolatka cyfrowy aparat Nikon i zaczął przeglądać zdjęcia. Było ich ponad
czterysta, z czego od dłuższej chwili natrafiał tylko na swoje. Chłopak nie
chciał dać za wygraną, wyciągając ręce po swoją własność, aczkolwiek Im był
szybszy i złapał jego chudą szyję w swoją dłoń, dzięki temu zachowując
bezpieczną odległość. Zszokowani kelnerzy wyjrzeli zza kolejnej ściany. Żaden z
nich się nie ruszył dopóki rudowłosy nie nakazał przyprowadzić ochrony. Cała ta
gonitwa nie umknęła oczywiście staremu dziadowi, który rozepchał wszystkich i z
groźnym, półślepym, spojrzeniem stanął przed Jae Bum’em.
- Co to ma znaczyć? – Wysyczał przez zaciśnięte
usta, jakby sztuczna szczęka miała zamiar uciec, bądź zaatakować kogoś z
gapiów.
- Dzieciak nie ma identyfikatora. – Wytłumaczył,
zaraz puszczając wspomnianego bachora, który padł na podłogę, najwidoczniej
osłabiony, bądź przerażony. – Bezprawnie robił zdjęcia wszystkim tu zebranym.
Wyjął z urządzenia kartę pamięci, po czym złamał ją
na dwie części i wszystko oddał właścicielowi, dopiero co podnoszącemu się z
ziemi. Obciął go jeszcze pełnym pogardy spojrzeniem, dopiero za sprawą CEO
odchodząc w stronę sali. Żaden z zarejestrowanych fotoreporterów nie odważył
się nawet unieść aparatu, nie chcąc skończyć podobnie.
Mężczyzna poluźnił krawat, by móc swobodniej
oddychać, a także zdjął marynarkę, by bardziej odczuć chłodne powietrze
wypływające z klimatyzacji. Tuż przed uchylonym wejściem na salę drogę
zablokowała mu kobieta z kieliszkiem białego wina w dłoni. Kruczoczarne,
falowane włosy opadały na jej niemalże białe ramiona. Mocny makijaż obrzydził
go tak samo, jak prawie ilość odkrytego ciała.
- Widzę, że prezes ceni sobie swoją prywatność. –
Niby subtelnie, niby kusząco oblizała usta oraz zakręciła winem w kieliszku,
chcąc tym uwieść mężczyznę, lecz ten tylko westchnął.
- Cenię sobie także swój czas, więc pani pozwoli, że
już pójdę. – Uśmiechnął się sarkastycznie i wyminął ją, czym prędzej zmierzając
do swojego stolika.
Wolał siedzieć z wrogami, aniżeli sprawiać sobie
kolejnych. Zająwszy swoje miejsce zorientował się, iż ma przed sobą talerz z
jedzeniem. Skrzywił się lekko na sam widok tegoż wszystkiego. Ryż, dziwne mięso
oraz surówka nie dość, że wyglądały nieapetycznie, to jeszcze ich zapach był
odstręczający.
- Przyniosłem to dla ciebie, hyung. – Miły głos
Wang’a jeszcze bardziej zniechęcił starszego do ów posiłku. – Nic nie jadłeś,
odkąd tutaj jesteśmy.
Im spojrzał po kolei na siedzących przy stole,
którzy przyglądali mu się z uwagą, a następnie odchrząknął, lekko się
uśmiechając.
- Przepraszam, ale nie jadam po osiemnastej. –
Delikatnie odsunął od siebie talerz i nawiązał kontakt wzrokowy z siedzącym
naprzeciwko Ka Yee, któremu odmowa widocznie się nie spodobała.
Nie wiedział, czy zwariował, ale w tym jedzeniu
mogło się znajdować wszystko. Nawet wroga ślina. By zapełnić pusty żołądek
poprosił o nalanie niegazowanej wody, a ostatecznie o pozostawienie dwóch
butelek. Pozbył się także niesmakowitego prezentu, czekając teraz na
charytatywną licytację. Oczekiwanie niemiłosiernie się dłużyło, a puszczanie
kitowych piosenek było jeszcze gorsze. W tym czasie zdążył się dowiedzieć o licytowanych
rzeczach. Biżuteria, obraz, podpisana koszulka znanego szermierza, czyli
wszystko, co było zbędne bogaczom i akurat nadeszła okazja, by się tego pozbyć.
Salwę śmiechu przy ich stoliku wywołali sam Jae Bum
oraz Wang, którzy postanowili wystawić swoje firmowe auta. Ów zachowanie CEO
było niezbyt jasne dla pozostałych, ale wtórowali mu.
Po rozpoczęciu się licytacji pobliskie stoły w ogóle
nie licytowały, czekając na jeden z pojazdów. Skoro podsłuchali, to mogli
skorzystać. Wiceprezes na zmianę z prezesem walczyli o jakiś brzydki obraz, ale
kiedy dziad wygrał, to starał się przetłumaczyć dzieciakom nie znającym
dziwactw sztuki, jak bardzo ten kawałek płótna jest wartościowy.
W końcu przyszedł czas na główne atrakcje
dzisiejszego wieczoru. Pierwszym rzutem był samochód od Wang Ka Yee. Maybach
Exelero, który podobnież został stworzony w jednym egzemplarzu na prezentację,
a potem kupiony przez rapera Bryan’a Williams’a za osiem milionów dolarów.
Podpite zwierzęta z chęcią rzuciły się na taki kąsek. Drugie cudeńko dwukrotnie
przewyższyło wartość pierwszego.
Blondyn z tryumfem uniósł jedną brew, kierując swoje
dumne spojrzenie na zupełnie niezainteresowanego Jae Bum’a, który zaczął już
opróżniać drugą butelkę wody.
Ostatnim
przedmiotem do licytacji został klasyczny kabriolet Mercedes z
dziewięćdziesiątego trzeciego roku w rzadkim kolorze Nautikblau. W związku
z tym, iż wcześniejsze auto wykosztowało arystokratów, ten samochód poszedł za
niecałe trzy miliony dolarów. Tym razem nie udało mu się wygrać z chińczykiem,
ale wojna dopiero się zaczęła, a to była dopiero pierwsza bitwa.
Po oklaskach, wiwatach oraz wzniesieniu toastu
przyszedł czas na zabawę do białego rana. Scena została szybko rozmontowana, a
na jej miejsce pojawiła się dalsza część drewnianego parkietu oraz DJ.
Rudowłosy, mający dość wrażeń na jeden wieczór, wysłał krótkiego sms’a do
swojego kierowcy, a następnie wstał od stołu, by się miło pożegnać. Dla
kolejnego nieszczęścia Ka Yee uczynił to samo. Na krótko cisnęli w siebie
piorunami, zaraz zwracając się do starszych.
- Muszę już opuścić nasze serdeczne towarzystwo.
– Im przysunął krzesło do stołu i ułożył dłonie na oparciu, widząc sztuczne,
niezadowolone miny starszych.
- Prezesie Wang. – Dziad wstał i podszedł do
blondyna, przyjacielsko obejmując go ramieniem. – Też nas opuszczasz?
Powinniście zostać, trochę się pobawić, a nie ciągle pracować.
- Dzięki ciężkiej pracy jesteśmy w stanie
utrzymać nasze stanowisko. – Odparł z małym uśmiechem, kłaniając się CEO i
powoli odchodząc. – Żeby nasza współpraca była najlepsza musimy wszystko
dokładnie przygotować, prawda, prezesie Im?
Zaskoczony Jae Bum oderwał wzrok od irytującego
dyrektora spółki, po czym przytaknął swojemu wrogowi. Ukłonił się wszystkim, z
gracją obrócił na pięcie i szybkim krokiem zmierzył do wyjścia. Z dobrym
wyczuciem zamknął drzwi tuż przed nosem młodszego. Odebrawszy z szatni swój
płaszcz stanął przed trzema windami, czekając na jedną z nich po wduszeniu
przycisku ze strzałką skierowaną w dół. Ku jego niezadowoleniu Ka Yee także zdecydował
z nich skorzystać, stojąc tuż obok.
Z przekleństwami pod nosem rudowłosy postanowił pójść
schodami. W końcu to tylko sześć pięter w dół, lecz dwukrotna ilość stopni. Po
pięciu minutach męczącego schodzenia spojrzał na zegar umieszczony tuż nad
recepcją. Właśnie wybiła druga w nocy. Zaczęło go przerażać to, że w większości
swoich spojrzeń na godzinę, była ona równa.
Przeszedł przez obrotowe drzwi, wychodząc na
szeroki plac z jeszcze nie plującą fontanną, pod którą przyjeżdżały limuzyny po
swoich właścicieli. Swojego kierowcy nigdzie nie widział, ale już bardziej
wściekły nie potrafił być.
W niektórych miejscach można było się dopatrzeć
małych warstw śniegu, zaś chłód nie dawał się tak bardzo we znaki, pomimo
rozgrzanego ciała. Narzucił na ramiona długi, czarny płaszcz i skrył za dłonią
ziewnięcie, gdy tuż obok jego głowy przeleciał szary dym papierosowy. Zerknął w
tamtą stronę i ujrzał nikogo innego, jak żyjącego trupa.
- Znudziłem się czekaniem na ciebie. – Westchnął
ciężko i wysunął dłoń z zapalonym papierosem w stronę starszego. – Masz jakiś
granat w gaciach?
To stwierdzenie rozbawiło Jae Bum’a, lecz ukazał
to tylko w postaci małego prychnięcia. Wziął małe, do połowy spalone,
uzależnienie spomiędzy palców młodszego i mocno się zaciągnął, zaraz
wypuszczając chmurę dymu w powietrze.
- Nawet gdybym miał, to nie uważasz tego za
niestosowne, jakbym go teraz wyciągnął? – Zapytał z czystej ciekawości, gasząc
resztkę papierosa na krawędzi fontanny.
- Może. – Jak dzieciak zaczął na zmianę bujać się
na stopach, ukradkowo zerkając do tyłu. – Stwórzmy pozory dobrych znajomych.
Odchylił lekko marynarkę, z wewnętrznej kieszeni
wyjmując małą wizytówkę, którą ujął w dwie dłonie, a następnie podał ją
starszemu.
- Musisz mi wybaczyć, ale dzisiaj swoich nie
wziąłem. – Zabrał mały kartonik i klepnął młodszego w ramię, kiedy z ulgą
zobaczył, że przyjechał jego transport.
Bez pożegnania wsiadł na tylne siedzenie, obite
kremową skórą. Wyciągnął nogi, wygodniej zapadając się w miękkim siedzisku.
Kierowca ruszył, doskonale wiedząc gdzie chce znaleźć się jego szef.
Im odetchnął i przymknął na chwilę oczy, po paru
sekundach przypominając sobie o otrzymanej wizytówce. Obrócił ją napisami w
swoją stronę, uprzednio zapalając światło.
Jackson Ka Yee Wang
Wiceprezes Maybach

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz