środa, 28 września 2016

Junhoe x Jinhwan | Randka


Od wiek wieków wszyscy dobrze wiedzą, że okres wiosenny to najlepszy czas, by wyściubić nosy ze swoich nor potocznie zwanych domami. A żeby tego było mało, czego oczywiście nikt nie zaprzeczy, iż maj nadaje się do tego najlepiej. Po pierwsze – większość uczniów jest zajęta egzaminami, a osoby pracujące wysyłają do diabła tych, którzy pracować nie muszą.
Podobna sytuacja działa się w dormie najmłodszego zespołu spod skrzydeł najbardziej trollującego CEO pośród wszystkich.
- Hyung – niski głos Junhoe rozbrzmiał między cienkimi ścianami mieszkania chłopców, niczym uderzenie dzwonu. – Mam prośbę.
Oczywiście nie głupim była osoba, która domyśliła się, o którego starszego brata chodziło June. Tego najniższego, najprzystojniejszego oraz najbardziej poważnego ze wszystkich. Po prawdzie, Koo nigdy nie zawracał gitary innym, bo prędzej zostałby skazany za kratki za psychiczne molestowanie, niż umiejętność przyjemnego spędzania czasu, ale Jinhwan to wyjątek. Największy ze wszystkich.
Zwęził swoje ciemne brwi w momencie, w którym nie mógł znaleźć Jinhwana, więc zatrzymał się na środku korytarza i zastanowił chwilę. Jeśli nie było go w jego własnym pokoju, z tego należącego do pozostałych chłopców noszących nazwisko „Kim” wydobywały się dziwne dźwięki, a łazienka została zabarykadowana przez Chanwoo, Junhoe pozostało wciśnięcie głowy między uchylone drzwi do salonu.
Trzy, dwa, jeden…
- Hyung! – bingo.
Na skórzanej, ciemnej kanapie, odnalazł drobną sylwetkę jasnowłosego, który z zadowoleniem wymalowanym na twarzy moczył usta w kieliszku zapełnionym do połowy poprzez czerwony, alkoholowy trunek. Nim Jinhwan zdążył się obejrzeć, June już za nim stał i od razu objął za szyję. W akcie ratowania swojego napoju odsunął kielich na bezpieczną odległość, aczkolwiek nie sięgał nawet do podłogi.
- Oby to było ważne, bo miałem zamiar od was odpocząć. – Starszy ledwo co obrócił głowę w bok, a ich twarze dzieliły niespełna cztery centymetry.
- Hyung – Junhoe mocniej ścisnął szyję swojego mężczyzny, jednocześnie podskakując, zaś Jinhwan tylko patrzył na swoje wino, czy jeszcze żyje. – Taka ładna pogoda. Chodźmy na spacer! Rzadko ze mną gdziekolwiek wychodzisz! Teraz nadeszła wiosna, słońce świeci, nie jest zimno. Proszę, chodź…
Ostatnie dwa słowa wyciągnął jak najdłużej, aby tylko złamać słabą wolę najstarszego. Jeszcze zamrugał oczami, a Jinhwan ostatecznie westchnął, co oznaczało jego przegraną. Junhwe w geście zwycięstwa odskoczył i uniósł ręce, czując się dumnym. Teraz nawet na krok nie odchodził od starszego, by przypadkowo nie zniknął gdzieś po drodze do drzwi wyjściowych. Dla pewności wziął go pod rękę, siłą zaciągając na korytarz. Prawda była taka, że niższemu nigdzie się nie chciało wychodzić, a jeszcze bardziej, gdy musiał wylać swoje wytrawne wino do zlewu, co by dzikie dzieci z łąk górzystych się nie dorwały. W końcu miał czas dla siebie, alkoholu, zupełnego spokoju, a to wszystko przeplatane z samotnością. Ktoś to jednak zepsuł, dlatego też specjalnie przedłużał wyjście poza próg mieszkania, lecz Junhoe nie był aż tak głupi. Ubrał go, zawiązał buty i wypychał dopóty, dopóki nie znaleźli się na zewnątrz, jednocześnie marudząc, jaki to on jest leniwy dziad.
- Chodźmy nad rzekę! – Ledwie przeszli przez pasy na drugą stronę, a nastąpiło kolejne szarpnięcie. Jinhwan miał wrażenie, że nie idzie na spacer ze swoim chłopakiem, tylko na przebieżkę z psem. Ogromnym psem.
- June… Wolniej. To spacer, a nie maraton. – Starszy lekko szarpnął ręką, zaś tamten w końcu zwolnił.
 Ciężko było mu się przyznać do tego, iż za nim nie nadążał, więc w głowie miał wymówkę w postaci „pilnowania dzieciaka, by nie wybiegł na ulicę”. Sam nie wiedział też, czy dobrze zrobił zgadzając się na prośbę młodszego, ale już nie było odwrotu, więc wyjaśnienie sytuacji, że „wiosenne słoneczko trochę za mocno przygrzało w główkę Koo Junhoe”, było oczywiście stwierdzeniem prawidłowym. Westchnął cierpiętniczo, jakby przeżywał największe katusze świata, aczkolwiek postanowił czerpać przyjemność z tego nieplanowanego wypadu. Gdy młodszy zwolnił na tyle, że krótkie nóżki Jinhwana mogły trochę odpocząć, ten drugi wykorzystał sytuację i przytulił się policzkiem do ramienia młodszego. Przymknął powieki, wsłuchując się z rozluźnieniem w ciche ćwierkanie ptaków w parku, który musieli przejść, by dostać się nad wspomnianą przez Koo rzekę. Niestety, jego spokój nie mógł trwać za długo, bo nim się Jinhwan obejrzał, poczuł, jak przerośnięta bestia staje, jednocześnie prawie powodując upadek osoby drugiej i uśmiecha się w dość specyficzny i dwuznaczny sposób. Broniąc się przed wywinięciem orła na chodnik, starszy rozłożył ręce niczym bocian swoje skrzydła i powiódł wzrokiem za Junhoe, który tak szybko przemieścił się, jakby zobaczył złoto w żywej postaci.
- Hyung, patrz! – dzwony basowego głosu Koo zabrzmiały ponownie donośnie i dziko, aż jasnowłosy musiał zmrużyć powieki, bo zaczął chyba obawiać się o swoje życie.
Zaczął też obawiać się o to, co młodszy mógłby teraz uczynić. Czy kogoś zabić, poćwiartować, rozjechać niewidzialnym walcem, czy może – żeby było zabawnie oczywiście – wsadzić na jednorożca, i odesłać do krainy wiecznej tęczy, potocznie zwanej piekłem. – Jakie ładne kwiaty!
Nie tego się spodziewał. Stanął z rozłożonymi rękami na boki i rozchylonymi ustami na formę pisklęcia domagającego się o jedzenie i zamrugał nadmiernie powiekami. Junhoe zajął strategiczne miejsce przy wielkim, rozłożystym drzewie wiśni, którego różowe kwiaty wydawały niesamowicie uzależniający zapach. Złapał w dłoń gałąź, którą pociągnął bliżej swojego nosa i począł wdychać przyjemną woń, kompletnie zapominając o najstarszym. Ocknął się dopiero, słysząc ciche kroki tuż koło swojej sylwetki, a widząc ciało starszego, uśmiechnął się wesoło.
- Ładne, prawda? – zapytał, kompletnie ignorując wyraz twarzy drugiego, który patrzył na niego z niesamowitą litością. – Tak ładne, jak… ty, hyung.
Po tych słowach urwał kawałek gałęzi z większą ilością kwiatów i wsadził ją za ucho Jinhwana, który zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno nie powinien zadzwonić po pogotowie, bo z Junhoe działy się dziwne rzeczy. Nim zdążył oprzytomnieć, nastąpiło kolejne szarpnięcie, przez które pachnąca gałązka spadła na ziemię i starszy mógł jej tylko pomachać. June zaprowadził go do piaszczystego brzegu rzeki Han. Puścił jego dłoń i kolejno ściągnął buty, skarpetki oraz podwinął nogawki spodni na tyle, na ile pozwoliły mu jego umięśnione łydki. Nim Jinhwan zdążył zapytać, już był w jego rękach, jak lalka. Zszokowany ramionami oplótł szyję młodszego i wpatrywał się w wodę.
- Junhwe! To niebezpieczne! Odstaw mnie na brzeg! – Zaczął wierzgać nogami, aby dać młodszemu do zrozumienia, iż mu się to nie podoba.
Nie dziwotą było to, że June go ani trochę słuchał, tylko brnął dalej, póki woda nie opływała jego kolan.
- Koo Junhoe! – Dość groźne spojrzenie starszego zgromiło go tak, że cała radość odpłynęła z nurtem rzeki. – Masz mnie natychmiast odstawić na brzeg.
Jak sobie hyung zażyczył, tak też zrobił, jednocześnie obrażając się na cały świat. Z butami w dłoniach podreptał pod jedno z drzew i tam usiadł, zaczynając całkowicie ignorować Jinhwana. Tamten w jednej sekundzie zmienił się ze wściekłego na uderzonego poczuciem winy, złego hyunga. Tak naprawdę June prosił go o niewiele, gdyż większość swojego wolnego czasu przeznaczył na zajęcia, a on częściowo mu też odmawiał, a teraz skarcił go za zbyt wielką radość czerpaną z małych rzeczy. Dzieciak zapragnął nadrobić swoje dzieciństwo, a okropny Kim Jinhwan na niego nakrzyczał i nie mógł w tej chwili się z nim dogadać. Nie pomagało proszenie, szturchanie, zaczepianie. Miał go dosłownie gdzieś. Starszy począł szukać ratunku z przyrody. I mu się udało. Zostawił swojego chłopaka na moment, ulatniając się do pobliskiego sklepiku, po czym prędko wrócił i tuż przy jego uchu potrząsnął zawartością papierowej torebki, którą była karma dla ptaków.
 - June, chodź. Nakarmimy kaczki. – Pociągnął go za rękę, lecz ten ani drgnął, ba, nawet nie spojrzał w jego stronę. Pozostał kolejny as w rękawie. – Zobacz! Łabędzie!
I to był strzał w dziesiątkę, jak nie jedenastkę. Nie minęła dłuższa chwila, a Junhoe pozwolił poprowadzić się starszemu nad nieco bardziej odosobnioną część rzeki, gdzie jednocześnie znajdowało się pożądane przez dwójkę chłopców stado wygłodniałych kaczek, wraz z białym liderem na czele – Panem Łabędziem z pięknymi piórami i długą szyją. Jinhwan widząc, że Junhoe na ten widok tylko uśmiechnął się, odetchnął z ulgą i otworzył torebkę z karmą dla ptaków, stając na tyle blisko, by żadne posiadające pióra stworzenie przypadkiem go nie zaatakowało. Nim się obejrzał, został pociągnięty przez młodszego pod kolejne drzewo i usadowiony między jego nogami. Westchnął ciężko i oparł się plecami o klatkę piersiową Junhoe, który chyba miał trzydziestosekundowego focha, ponieważ już niczym wąż, oplątał swoimi ramionami drobne ciało starszego. Zaraz potem wyciągnął z paczki trochę jedzenia i rozsypał przed sobą, z miną uradowanego, pięcioletniego dziecka obserwując jak stado kaczek przyfrunęło do nich i zaczęło dziobać w ziemię, doszukując się swojej części karmy.
- Hyung, jedzą! – powiedział w pewnym momencie i podskoczył na czterech literach, prawie pozbywając się głodnych kolegów, dla których Jinhwan specjalnie pofatygował się po karmę.
No dobra, bardziej, by udobruchać samego Junhoe, ale nikt przecież o prawidłowy powód nie pytał.
W pewnej chwili, gdy miał już dość spoglądania na kaczki, westchnął cicho i odszukał swoimi drobnymi dłońmi tej większej, należącej do młodszego chłopaka i ułożył ją na swojej piersi. Przymknął powieki, acz nie dane było mu odpocząć, ponieważ niesamowicie żywe dziecko dnia dzisiejszego, znów podskoczyło na trawniku, powodując u Jinhwana zawroty głowy.
- Hyung, podejdę bliżej – stwierdził zadowolony, acz mniejsza dłoń starszego tak szybko go nie puściła.
- Ale uważaj, żeby cię łabędź nie pogonił – słodki chichot tylko jeszcze bardziej poluźnił atmosferę po wcześniejszym mikro-fochu, a Junhoe pomruczał coś pod nosem i odsunął się od Jinhwana, zabierając paczkę i podchodząc powoli bliżej do swoich głodnych kolegów. 
Po rzuceniu pierwszej garści do wody znikąd zaczęły nadlatywać kolejne, aż ich liczba podchodziła pod trzy pełne dziesiątki, zaś Łabędź pływał w tę i we w tę, jakoby skradając się, aż zaczął zaczepiać mniejsze od siebie ptaki. June, widząc to rzucił karmę na brzeg, za którą wyszły kaczki oraz biały królewicz. Wtem młodszy podszedł do niego tak blisko, że był na wyciągnięcie długiej, smukłej szyi.
- No co kurwa? Mniejszych dziobiesz? – Łabędź zasyczał na niego, rozkładając swoje białe skrzydła, a June uczynił to samo swoimi rękoma. – No dajesz. Zobaczymy, kto tu ma przewagę.
Jinhwan złapał się za włosy i głowę jednocześnie, czym prędzej podbiegając do swojego nieokiełznanego kochanka. Złapał go w pasie, wbił piętami w piach, a następnie starał się go odciągnąć od agresywnego zwierzaka.
- Junhwe, zostaw go. Co ci zrobił ten biedny ptak? – Stęknął cierpiętniczo, gdyż młodszego niełatwo było ruszyć z miejsca. 
- Bije mniejszych od siebie! To tak, jakby ktoś uderzył ciebie! – Wyższy patrzył to na łabędzia, to na męczącego się hyunga, aż ustąpił o krok do tyłu, zaś ptak całkowicie się wycofał do wody, odpływając.
Za małą karę Jinhwan uderzył go z pięści w ramię, a ten spojrzał na niego z boleścią wymalowaną na twarzy.
- Hyung… - Zajęczał, jak dzieciak przed matką. – Czemu mnie uderzyłeś? To bolało.
By jeszcze bardziej podkreślić swoje cierpienie pociągnął nosem, wydął dolną wargę oraz podciągnął ręce niemalże pod samą szyję. Jinhwan wywrócił jedynie oczami i wyciągnął z dłoni Junhoe paczkę z karmą dla ptaków, którą schował sobie do kieszeni przydużej bluzy, oczywiście należącej do nikogo innego, jak do samego Sassy Koo Junhoe. Zaraz potem posłał w stronę zdezorientowanego chłopaka słodki uśmiech i stanął na palcach, wciskając swoje dłonie w jego kark. Odwrócił głowę na tyle w bok, by mieć idealny dostęp swoimi małymi wargami do ucha June, w które zaraz cicho, jednocześnie słodko wyszeptał:
- Przepraszam – przymknął powieki, znów wyginając kącik ust w uśmiechu i uniósł głowę na tyle, by spotkać się ze wciąż zdezorientowanym wzrokiem młodszego. – Pocałujesz mnie, June?
Nie dziwne, że nie trzeba było tego Junhoe dwa razy powtarzać, bo dzieciak jeśli chodziło o Jinhwana, to nawet skoczyłby za nim w ogień, gdyby go o to poprosił. Ale tylko dla niego, bo ze szpetną i krzywą mordą Kim Hanbina, zastanowiłby się jeszcze pewnie ze sto razy. Ostatecznie z wiadra dolałby benzyny do ognia by wzniecić płomień, niż zastąpiłby to wodą pozwalającą ugasić ów pożar. Objął jasnowłosego mocno w pasie i uniósł go do góry, pozwalając oderwać się jego krótkim nóżkom od ziemi, którymi ten zaczął jeszcze swobodnie machać. Tuż po tym uśmiechnął się zawadiacko i przylgnął wargami do tych jego, subtelnie pogłębiając pocałunek. Jinhwan, jawnie zadowolony z obrotu sytuacji, mruknął cicho i wplątując swoje palce w ciemne włosy młodszego, pozwolił mu tą właśnie formą pieszczoty przyprawić się w tej chwili o palpitacje serca, połączone z przyjemnością i wszechogarniającym ciepłem. Ich języki zaczepiały się w każdy możliwy sposób. Od góry, z dołu, z boku, a nawet prawie udało im się spleść, przez co obaj się zaśmiali. Kiedy skończyli, Jinhwan miział swoim nosem ten młodszego, który uważnie obserwował jego poczynania, niemalże zezując. Wtem zdarzyło się coś niespodziewanego. June wrzasnął. Przypierdzielił czołem wprost w mały nosek swojego hyunga, a po setnej sekundzie go puścił, przez co ten padł czterema literami na twardy piach. Dzieciak odskoczył na bok, złapał się za pośladki i odwrócił, a winowajcą tego wszystkiego był nie kto inny, jak łabędź, który zasyczał, rozłożył skrzydła i po prostu spierdzielił do wody.
- Ty szmatławcu… - Niski warkot wydobył się z ust June, w międzyczasie podwinął rękawy bluzy, od razu ruszając za ptaszyskiem. 
By uratować piękne ciało swojego chłopaka, a także siebie, Kim przyczepił się do umięśnionej nogi swojego kochanka, ale to nie zrobiło mu zbyt dużej różnicy, więc szedł dalej. 
- June… Zainteresuj… Się… Mną… - Z każdym krokiem wyższego Jinhwan uderzał tyłkiem o twardy piach, dlatego też ciężko było mu mówić, jednak nie mógł się teraz poddać. – Jak mnie zamoczysz, to cię wykastruję i pójdę do Hanbina. 
Te słowa podziałały na Junhoe jak czerwona płachta na byka, aczkolwiek w pozytywnym tego stwierdzenia sensie. Już nieważne, że on, Koo June miał zostać wykastrowany przez swojego hyunga, liczyło się teraz to znienawidzone przez młodszego imię, na którego sam wydźwięk chłopakowi robiło się niedobrze. A jeśli osobnik znajdował się zbyt blisko Jinhwana, Junhoe zamieniał się w psa ze zdiagnozowaną wścieklizną. Jęknął ze zrezygnowaniem i odsunął się od wodnego królestwa rozrabiającego królewicza, któremu posłał na koniec jeszcze spojrzenie chętne zamordowania go i zamienienia na swój obiad.
- Hyung – wymamrotał i pomógł starszemu wrócić do pionu, jednocześnie wciskając nos w zagłębienie jego szyi. – Dupa mnie boli.
- Mam cię w nią pocałować? – Jinhwan uniósł brwi i klepnął zgrabny tyłek Junhoe, sprawiając, iż chłopak jedynie zawył z bólu.
Uśmiechnął się zadowolony i poklepał już subtelniej pośladki poszkodowanego, przyklejając się do jego ramienia jak pijawka. Począł go ciągnąć w tylko sobie znanym kierunku, zostawiając torbę z jedzeniem kaczkom, bo jednak karmić tym Junhwe nie zamierzał. Wpadł na jakże genialny pomysł zrekompensowania mu katuszy, jakie wyrządził niesforny łabędź, więc krótkim spacerem wzdłuż rzeki zaprowadził dzieciaka do lodziarni, w której mogli w miarę w spokoju odpocząć i jeszcze umilić sobie dzień. Zamówił dla nich po dwukulkowym rożku i razem usiedli przy stoliku. Jinhwan posłał do Junhoe już nieco cieplejszy uśmiech i przeciągnął językiem po wierzchu słodkiej substancji. Wiedział jednak, że na normalnym jedzeniu lodów się nie skończy, bo już od pierwszych sekund czuł to dwuznaczne spojrzenie na sobie. Zerknął na chłopaka kątem oka już nawet chcąc coś powiedzieć, ale trafił idealnie ze spekulacjami. Ten dwuznaczny uśmieszek June mówił wszystko. Chcąc się z nim podrażnić, usiadł do niego przodem, na wolnej dłoni podparł brodę i zaczął przedstawienie, uprzednio zamykając także oczy. Mrukliwie językiem tworzył przeróżne wzory, a także wydawał z siebie jeszcze bardziej sugestywne dźwięki, przez które June całkowicie zapomniał o swoim lodzie w ręku. Ssał, oblizywał, a nawet podgryzał. Pomimo szumu płynącej wody doskonale słyszał oddech młodszego, który wydobywał się spomiędzy rozchylonych warg. Po uchyleniu powiek, Jinhwan przysunął się jeszcze bliżej, oblizał ponętnie usta, od których zesztywniały Junhoe nie mógł oderwać wzroku, po czym uśmiechnął się szelmowsko i poświęcił swojego rożka, wciskając go w sam środek czoła wyższego. Podniecenie zamieniło się na szok.
- Och, stanął ci, Junhwe. – Słodki głos Jinana dotarł do uszu oszukanego dzieciaka, a zaraz za nim cmoknięcie.
Lód nie trzymał się zbyt długo, bo po niespełna kilkunastu sekundach spadł na stolik. Junhoe przetarł zimne, ubrudzone czoło dłonią i wkurwiony do granic pokręcił głową.
- Zabiję cię , Kim Jinhwan. – Wysyczał, po czym wstał z impetem, przy okazji przewracając krzesło, i pognał za hyungiem, który już dawno zdążył spieprzyć, nim chłopak skończył zdanie.
Nie było na tyle ciepło, by lody się prędko rozpuściły, więc gonił niższego ze swoim smakołykiem, w celu wsadzenia go w sam środek dupy tego gnoma. Jako iż był wyższy, dłuższymi susami dobiegł do niego i złapał od tyłu jednym ramieniem oraz owinął nogą, co by nie wywinął się dołem. Zaczął przysuwać rożka do nosa starszego, gdy ten złapał jego rękę obiema dłońmi, broniąc się przed pobrudzeniem. Słabo mu to szło, więc ostatnią deską ratunku zostało zniszczenie niebezpiecznego narzędzia, jakim był w tej chwili lód. Zgniótł go w dłoni, zaś June odpuścił, ostatecznie nie mając czym atakować. To były tylko pozory. Gdy niższy się do niego odwrócił, zimną, ubrudzoną dłoń przyłożył mu do twarzy, a potem wybuchł gromkim śmiechem.
Jinhwan jedynie zmrużył groźnie oczy i zmarszczył swój nadal bolący nos, nie odzywając się. Było to oczywiście błędem, bo Junhoe wykorzystał jego brak asertywności i ponownie, z diabelnym uśmieszkiem przeciągnął dłonią po twarzy starszego, brudząc go słodką substancją z rożka jeszcze bardziej. Twarz niższego po spotkaniu z większą dłonią zabawnie wyciągnęła się w dół, by ostatecznie aż świecić się od białej substancji rożka, która nawet teraz wyglądała jak milion dolców dwuznaczności.
- Och, hyung. Ciężko pracowałeś swoją śliczną twarzą, prawda? – młodszy odgryzł się, ale jak wiadomo, nie żaden z nich nie mógł się na siebie gniewać jakoś bardzo długo.
Nie minęła chwila, aż Koo pochylił się nad drobnym ciałem Jinhwana i zakleszczył go w przyjemnym uścisku, jednocześnie przytykając swoje usta do jego policzków. Cmoknął go w nie kilka razy, by zaraz skierować się do nosa, który pocałował w celu zabrania lodowej substancji i jednocześnie przeproszenia go za wcześniejsze skrzywdzenie. Widząc odprężony i zadowolony wyraz twarzy niższego, Junhoe uśmiechnął się triumfalnie głaszcząc go po plecach jak kota. Zaraz złapał jego rękę w uścisk i oblizał wargi, wskazując wolną dłonią na przestrzeń przed sobą.
- Wracajmy do domu, hyung  - stwierdził, co spotkało się jedynie z aprobatą drugiego.
Dali sobie jeszcze jednego całusa, i ignorując swój jakże piękny wygląd w tym momencie, jedynie skierowali się do dormu, w którym zapewne już od kilkunastu godzin trwała wojna o to, kto dzisiaj sprząta. Kiedy weszli do środka, spodziewali się armagedonu, wrzasków, pisków, rozjebanych ścian. A jednak! Panowała względna cisza oraz spokój. Obaj wzruszyli ramionami, lecz Jinhwan zrobił to prędzej, po czym udał się do kuchni i nawet nie zdążył złapać za szyjkę butelki swojego cudownego wina, gdyż June złapał go w swoje silne ramiona, po czym wyniósł do salonu, gdzie rzucił go na kanapę i sam się posadził na jego biodrach. Poruszył wymownie brwiami, po czym zaczął siłować się ze starszym o jego bluzę, a raczej bluzę młodszego. Raz udało mu się ją podwinąć, lecz Jinhwan od razu ją opuszczał, aż doszło do szamotaniny, przez którą spadli na podłogę, robiąc przy tym niesamowity hałas. Zadrżał sufit, szklanki w kuchni oraz uszy Chanwoo. Zainteresowany głośnymi dźwiękami oraz stęknięciami (czytaj: Jinan chciał wyjść spod cielska największej dupy w zespole) Hanbin wpadł do salonu.
- A kurwa! Już po seksie i się nie załapałem! – wskazał palcem na twarz najstarszego, po czym podbiegł do nich, klepnął June w pośladek i spierdolił z krzykiem. – Zaklepane!
Zszokowany Jinhwan widział ten mord w oczach swojego kochanka, lecz zdążył tylko pokręcić głową i powiedzieć ciche „nie”, gdy Junhwe poderwał się, dzikim sprintem ruszając za liderem. Znalazł go w szafie, więc zaczął zacierać dłonie.
- Trzepnę cię raz a porządnie w ten krzywy ryj, to się może wyprostuje! – Strzelił kostkami, po czym wziął szeroki zamach, zaś B.I skulił się, jak szczeniak.
W ostatnich sekundach grozy do pokoju wpadł najstarszy, niemalże w stylu formuły na zakręcie w Monte Carlo.
- Koo kurwa Junhoe! – krzyknął, co było do niego niepodobne, dzięki czemu ręka młodszego zatrzymała się w powietrzu, nieopodal twarzy lidera. – Masz natychmiast udać się do mojego pokoju, inaczej zafunduję ci taki grafik, że nie będziesz miał czasu podrapać się po seksownej dupie.
Chciał zaprzeczyć, aczkolwiek w tym samym momencie Jinhwan uniósł rękę i postąpił krok do przodu. Junhwe rzucił Hanbinowi spojrzenie mówiące, iż później go zabije, i opuścił pomieszczenie, udając się tam, gdzie nakazał mu kochany hyung.
- Ciota. – Wredny rechot Hanbina doszedł do uszu najstarszego, który zaraz z impetem zatrzasnął drzwi szafy tuż przed ryjem lidera.
- Morda, kasztanie. – rzucił i wyszedł za swoim nieokiełznanym kochankiem, kręcąc przy tym ponętnie chudymi biodrami. – Już do ciebie idę, mój Koo Junhoe~

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz