Od wiek wieków
wszyscy dobrze wiedzą, że okres wiosenny to najlepszy czas, by wyściubić nosy
ze swoich nor potocznie zwanych domami. A żeby tego było mało, czego oczywiście
nikt nie zaprzeczy, iż maj nadaje się do tego najlepiej. Po pierwsze –
większość uczniów jest zajęta egzaminami, a osoby pracujące wysyłają do diabła
tych, którzy pracować nie muszą.
Podobna sytuacja działa się w
dormie najmłodszego zespołu spod skrzydeł najbardziej trollującego CEO pośród
wszystkich.
- Hyung – niski głos
Junhoe rozbrzmiał między cienkimi ścianami mieszkania chłopców, niczym
uderzenie dzwonu. – Mam prośbę.
Oczywiście nie głupim
była osoba, która domyśliła się, o którego starszego brata chodziło June. Tego
najniższego, najprzystojniejszego oraz najbardziej poważnego ze wszystkich. Po
prawdzie, Koo nigdy nie zawracał gitary innym, bo prędzej zostałby skazany za
kratki za psychiczne molestowanie, niż umiejętność przyjemnego spędzania czasu,
ale Jinhwan to wyjątek. Największy ze wszystkich.
Zwęził swoje ciemne
brwi w momencie, w którym nie mógł znaleźć Jinhwana, więc zatrzymał się na
środku korytarza i zastanowił chwilę. Jeśli nie było go w jego własnym pokoju,
z tego należącego do pozostałych chłopców noszących nazwisko „Kim” wydobywały
się dziwne dźwięki, a łazienka została zabarykadowana przez Chanwoo, Junhoe
pozostało wciśnięcie głowy między uchylone drzwi do salonu.
Trzy, dwa, jeden…
- Hyung! – bingo.
Na skórzanej, ciemnej
kanapie, odnalazł drobną sylwetkę jasnowłosego, który z zadowoleniem
wymalowanym na twarzy moczył usta w kieliszku zapełnionym do połowy poprzez
czerwony, alkoholowy trunek. Nim Jinhwan zdążył się obejrzeć,
June już za nim stał i od razu objął za szyję. W akcie ratowania swojego napoju
odsunął kielich na bezpieczną odległość, aczkolwiek nie sięgał nawet do
podłogi.
- Oby to było ważne,
bo miałem zamiar od was odpocząć. – Starszy ledwo co obrócił głowę w bok, a ich
twarze dzieliły niespełna cztery centymetry.
- Hyung – Junhoe mocniej ścisnął
szyję swojego mężczyzny, jednocześnie podskakując, zaś Jinhwan tylko patrzył na
swoje wino, czy jeszcze żyje. – Taka ładna pogoda. Chodźmy na spacer! Rzadko ze
mną gdziekolwiek wychodzisz! Teraz nadeszła wiosna, słońce świeci, nie jest
zimno. Proszę, chodź…
Ostatnie dwa słowa
wyciągnął jak najdłużej, aby tylko złamać słabą wolę najstarszego. Jeszcze
zamrugał oczami, a Jinhwan ostatecznie westchnął, co oznaczało jego przegraną.
Junhwe w geście zwycięstwa odskoczył i uniósł ręce, czując się dumnym. Teraz
nawet na krok nie odchodził od starszego, by przypadkowo nie zniknął gdzieś po
drodze do drzwi wyjściowych. Dla pewności wziął go pod rękę, siłą zaciągając na
korytarz. Prawda była taka, że niższemu nigdzie się nie chciało wychodzić, a
jeszcze bardziej, gdy musiał wylać swoje wytrawne wino do zlewu, co by dzikie dzieci
z łąk górzystych się nie dorwały. W końcu miał czas dla siebie, alkoholu,
zupełnego spokoju, a to wszystko przeplatane z samotnością. Ktoś to jednak
zepsuł, dlatego też specjalnie przedłużał wyjście poza próg mieszkania, lecz
Junhoe nie był aż tak głupi. Ubrał go, zawiązał buty i wypychał dopóty, dopóki
nie znaleźli się na zewnątrz, jednocześnie marudząc, jaki to on jest leniwy
dziad.
- Chodźmy nad rzekę!
– Ledwie przeszli przez pasy na drugą stronę, a nastąpiło kolejne szarpnięcie.
Jinhwan miał wrażenie, że nie idzie na spacer ze swoim chłopakiem, tylko na
przebieżkę z psem. Ogromnym psem.
- June… Wolniej. To
spacer, a nie maraton. – Starszy lekko szarpnął ręką, zaś tamten w końcu
zwolnił.
Ciężko było mu się przyznać do tego, iż za nim
nie nadążał, więc w głowie miał wymówkę w postaci „pilnowania dzieciaka, by nie
wybiegł na ulicę”. Sam nie wiedział też, czy dobrze zrobił zgadzając się na
prośbę młodszego, ale już nie było odwrotu, więc wyjaśnienie sytuacji, że
„wiosenne słoneczko trochę za mocno przygrzało w główkę Koo Junhoe”, było
oczywiście stwierdzeniem prawidłowym. Westchnął cierpiętniczo, jakby przeżywał
największe katusze świata, aczkolwiek postanowił czerpać przyjemność z tego
nieplanowanego wypadu. Gdy młodszy zwolnił na tyle, że krótkie nóżki Jinhwana
mogły trochę odpocząć, ten drugi wykorzystał sytuację i przytulił się
policzkiem do ramienia młodszego. Przymknął powieki, wsłuchując się z
rozluźnieniem w ciche ćwierkanie ptaków w parku, który musieli przejść, by
dostać się nad wspomnianą przez Koo rzekę. Niestety, jego spokój nie mógł trwać
za długo, bo nim się Jinhwan obejrzał, poczuł, jak przerośnięta bestia staje,
jednocześnie prawie powodując upadek osoby drugiej i uśmiecha się w dość
specyficzny i dwuznaczny sposób. Broniąc się przed wywinięciem orła na chodnik,
starszy rozłożył ręce niczym bocian swoje skrzydła i powiódł wzrokiem za
Junhoe, który tak szybko przemieścił się, jakby zobaczył złoto w żywej postaci.
- Hyung, patrz! –
dzwony basowego głosu Koo zabrzmiały ponownie donośnie i dziko, aż jasnowłosy
musiał zmrużyć powieki, bo zaczął chyba obawiać się o swoje życie.
Zaczął też obawiać
się o to, co młodszy mógłby teraz uczynić. Czy kogoś zabić, poćwiartować,
rozjechać niewidzialnym walcem, czy może – żeby było zabawnie oczywiście – wsadzić
na jednorożca, i odesłać do krainy wiecznej tęczy, potocznie zwanej piekłem. –
Jakie ładne kwiaty!
Nie tego się
spodziewał. Stanął z rozłożonymi rękami na boki i rozchylonymi ustami na formę
pisklęcia domagającego się o jedzenie i zamrugał nadmiernie powiekami. Junhoe
zajął strategiczne miejsce przy wielkim, rozłożystym drzewie wiśni, którego
różowe kwiaty wydawały niesamowicie uzależniający zapach. Złapał w dłoń gałąź,
którą pociągnął bliżej swojego nosa i począł wdychać przyjemną woń, kompletnie zapominając
o najstarszym. Ocknął się dopiero, słysząc ciche kroki tuż koło swojej
sylwetki, a widząc ciało starszego, uśmiechnął się wesoło.
- Ładne, prawda? –
zapytał, kompletnie ignorując wyraz twarzy drugiego, który patrzył na niego z
niesamowitą litością. – Tak ładne, jak… ty, hyung.
Po tych słowach urwał
kawałek gałęzi z większą ilością kwiatów i wsadził ją za ucho Jinhwana, który
zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno nie powinien zadzwonić po pogotowie,
bo z Junhoe działy się dziwne rzeczy. Nim zdążył oprzytomnieć, nastąpiło
kolejne szarpnięcie, przez które pachnąca gałązka spadła na ziemię i starszy
mógł jej tylko pomachać. June zaprowadził go do piaszczystego brzegu rzeki Han.
Puścił jego dłoń i kolejno ściągnął buty, skarpetki oraz podwinął nogawki
spodni na tyle, na ile pozwoliły mu jego umięśnione łydki. Nim Jinhwan zdążył
zapytać, już był w jego rękach, jak lalka. Zszokowany ramionami oplótł szyję
młodszego i wpatrywał się w wodę.
- Junhwe! To
niebezpieczne! Odstaw mnie na brzeg! – Zaczął wierzgać nogami, aby dać
młodszemu do zrozumienia, iż mu się to nie podoba.
Nie dziwotą było to, że June go ani
trochę słuchał, tylko brnął dalej, póki woda nie opływała jego kolan.
- Koo Junhoe! – Dość
groźne spojrzenie starszego zgromiło go tak, że cała radość odpłynęła z nurtem
rzeki. – Masz mnie natychmiast odstawić na brzeg.
Jak sobie hyung
zażyczył, tak też zrobił, jednocześnie obrażając się na cały świat. Z butami w
dłoniach podreptał pod jedno z drzew i tam usiadł, zaczynając całkowicie
ignorować Jinhwana. Tamten w jednej sekundzie zmienił się ze wściekłego na
uderzonego poczuciem winy, złego hyunga. Tak naprawdę June prosił go o
niewiele, gdyż większość swojego wolnego czasu przeznaczył na zajęcia, a on
częściowo mu też odmawiał, a teraz skarcił go za zbyt wielką radość czerpaną z
małych rzeczy. Dzieciak zapragnął nadrobić swoje dzieciństwo, a okropny Kim
Jinhwan na niego nakrzyczał i nie mógł w tej chwili się z nim dogadać. Nie
pomagało proszenie, szturchanie, zaczepianie. Miał go dosłownie gdzieś. Starszy
począł szukać ratunku z przyrody. I mu się udało. Zostawił swojego chłopaka na
moment, ulatniając się do pobliskiego sklepiku, po czym prędko wrócił i tuż
przy jego uchu potrząsnął zawartością papierowej torebki, którą była karma dla
ptaków.
- June, chodź. Nakarmimy kaczki. – Pociągnął
go za rękę, lecz ten ani drgnął, ba, nawet nie spojrzał w jego stronę. Pozostał
kolejny as w rękawie. – Zobacz! Łabędzie!
I to był strzał w
dziesiątkę, jak nie jedenastkę. Nie minęła dłuższa chwila, a Junhoe pozwolił
poprowadzić się starszemu nad nieco bardziej odosobnioną część rzeki, gdzie
jednocześnie znajdowało się pożądane przez dwójkę chłopców stado wygłodniałych
kaczek, wraz z białym liderem na czele – Panem Łabędziem z pięknymi piórami i
długą szyją. Jinhwan widząc, że Junhoe na ten widok tylko uśmiechnął się,
odetchnął z ulgą i otworzył torebkę z karmą dla ptaków, stając na tyle blisko,
by żadne posiadające pióra stworzenie przypadkiem go nie zaatakowało. Nim się
obejrzał, został pociągnięty przez młodszego pod kolejne drzewo i usadowiony
między jego nogami. Westchnął ciężko i oparł się plecami o klatkę piersiową
Junhoe, który chyba miał trzydziestosekundowego focha, ponieważ już niczym wąż,
oplątał swoimi ramionami drobne ciało starszego. Zaraz potem wyciągnął z paczki
trochę jedzenia i rozsypał przed sobą, z miną uradowanego, pięcioletniego
dziecka obserwując jak stado kaczek przyfrunęło do nich i zaczęło dziobać w
ziemię, doszukując się swojej części karmy.
- Hyung, jedzą! –
powiedział w pewnym momencie i podskoczył na czterech literach, prawie
pozbywając się głodnych kolegów, dla których Jinhwan specjalnie pofatygował się
po karmę.
No dobra, bardziej, by udobruchać
samego Junhoe, ale nikt przecież o prawidłowy powód nie pytał.
W pewnej chwili, gdy miał już dość
spoglądania na kaczki, westchnął cicho i odszukał swoimi drobnymi dłońmi tej
większej, należącej do młodszego chłopaka i ułożył ją na swojej piersi.
Przymknął powieki, acz nie dane było mu odpocząć, ponieważ niesamowicie żywe
dziecko dnia dzisiejszego, znów podskoczyło na trawniku, powodując u Jinhwana
zawroty głowy.
- Hyung, podejdę
bliżej – stwierdził zadowolony, acz mniejsza dłoń starszego tak szybko go nie
puściła.
- Ale uważaj, żeby cię łabędź nie
pogonił – słodki chichot tylko jeszcze bardziej poluźnił atmosferę po
wcześniejszym mikro-fochu, a Junhoe pomruczał coś pod nosem i odsunął się od
Jinhwana, zabierając paczkę i podchodząc powoli bliżej do swoich głodnych
kolegów.
Po rzuceniu pierwszej
garści do wody znikąd zaczęły nadlatywać kolejne, aż ich liczba podchodziła pod
trzy pełne dziesiątki, zaś Łabędź pływał w tę i we w tę, jakoby skradając się,
aż zaczął zaczepiać mniejsze od siebie ptaki. June, widząc to rzucił karmę na
brzeg, za którą wyszły kaczki oraz biały królewicz. Wtem młodszy podszedł do
niego tak blisko, że był na wyciągnięcie długiej, smukłej szyi.
- No co kurwa?
Mniejszych dziobiesz? – Łabędź zasyczał na niego, rozkładając swoje białe
skrzydła, a June uczynił to samo swoimi rękoma. – No dajesz. Zobaczymy, kto tu
ma przewagę.
Jinhwan złapał się za
włosy i głowę jednocześnie, czym prędzej podbiegając do swojego nieokiełznanego
kochanka. Złapał go w pasie, wbił piętami w piach, a następnie starał się go
odciągnąć od agresywnego zwierzaka.
- Junhwe, zostaw go.
Co ci zrobił ten biedny ptak? – Stęknął cierpiętniczo, gdyż młodszego niełatwo
było ruszyć z miejsca.
- Bije mniejszych od siebie! To tak, jakby ktoś uderzył ciebie! – Wyższy patrzył to na łabędzia, to na męczącego się hyunga, aż ustąpił o krok do tyłu, zaś ptak całkowicie się wycofał do wody, odpływając.
- Bije mniejszych od siebie! To tak, jakby ktoś uderzył ciebie! – Wyższy patrzył to na łabędzia, to na męczącego się hyunga, aż ustąpił o krok do tyłu, zaś ptak całkowicie się wycofał do wody, odpływając.
Za małą karę Jinhwan
uderzył go z pięści w ramię, a ten spojrzał na niego z boleścią wymalowaną na
twarzy.
- Hyung… - Zajęczał,
jak dzieciak przed matką. – Czemu mnie uderzyłeś? To bolało.
By jeszcze bardziej
podkreślić swoje cierpienie pociągnął nosem, wydął dolną wargę oraz podciągnął
ręce niemalże pod samą szyję. Jinhwan wywrócił jedynie oczami i wyciągnął z
dłoni Junhoe paczkę z karmą dla ptaków, którą schował sobie do kieszeni przydużej
bluzy, oczywiście należącej do nikogo innego, jak do samego Sassy Koo Junhoe.
Zaraz potem posłał w stronę zdezorientowanego chłopaka słodki uśmiech i stanął
na palcach, wciskając swoje dłonie w jego kark. Odwrócił głowę na tyle w bok,
by mieć idealny dostęp swoimi małymi wargami do ucha June, w które zaraz cicho,
jednocześnie słodko wyszeptał:
- Przepraszam –
przymknął powieki, znów wyginając kącik ust w uśmiechu i uniósł głowę na tyle,
by spotkać się ze wciąż zdezorientowanym wzrokiem młodszego. – Pocałujesz mnie,
June?
Nie dziwne, że nie
trzeba było tego Junhoe dwa razy powtarzać, bo dzieciak jeśli chodziło o
Jinhwana, to nawet skoczyłby za nim w ogień, gdyby go o to poprosił. Ale tylko
dla niego, bo ze szpetną i krzywą mordą Kim Hanbina, zastanowiłby się jeszcze
pewnie ze sto razy. Ostatecznie z wiadra dolałby benzyny do ognia by wzniecić
płomień, niż zastąpiłby to wodą pozwalającą ugasić ów pożar. Objął jasnowłosego
mocno w pasie i uniósł go do góry, pozwalając oderwać się jego krótkim nóżkom od
ziemi, którymi ten zaczął jeszcze swobodnie machać. Tuż po tym uśmiechnął się
zawadiacko i przylgnął wargami do tych jego, subtelnie pogłębiając pocałunek.
Jinhwan, jawnie zadowolony z obrotu sytuacji, mruknął cicho i wplątując swoje
palce w ciemne włosy młodszego, pozwolił mu tą właśnie formą pieszczoty
przyprawić się w tej chwili o palpitacje serca, połączone z przyjemnością i
wszechogarniającym ciepłem. Ich języki zaczepiały się w każdy możliwy sposób.
Od góry, z dołu, z boku, a nawet prawie udało im się spleść, przez co obaj się
zaśmiali. Kiedy skończyli, Jinhwan miział swoim nosem ten młodszego, który
uważnie obserwował jego poczynania, niemalże zezując. Wtem zdarzyło się coś
niespodziewanego. June wrzasnął. Przypierdzielił czołem wprost w mały nosek swojego
hyunga, a po setnej sekundzie go puścił, przez co ten padł czterema literami na
twardy piach. Dzieciak odskoczył na bok, złapał się za pośladki i odwrócił, a
winowajcą tego wszystkiego był nie kto inny, jak łabędź, który zasyczał,
rozłożył skrzydła i po prostu spierdzielił do wody.
- Ty szmatławcu… -
Niski warkot wydobył się z ust June, w międzyczasie podwinął rękawy bluzy, od
razu ruszając za ptaszyskiem.
By uratować piękne ciało swojego chłopaka, a także siebie, Kim przyczepił się do umięśnionej nogi swojego kochanka, ale to nie zrobiło mu zbyt dużej różnicy, więc szedł dalej.
- June… Zainteresuj… Się… Mną… - Z każdym krokiem wyższego Jinhwan uderzał tyłkiem o twardy piach, dlatego też ciężko było mu mówić, jednak nie mógł się teraz poddać. – Jak mnie zamoczysz, to cię wykastruję i pójdę do Hanbina.
By uratować piękne ciało swojego chłopaka, a także siebie, Kim przyczepił się do umięśnionej nogi swojego kochanka, ale to nie zrobiło mu zbyt dużej różnicy, więc szedł dalej.
- June… Zainteresuj… Się… Mną… - Z każdym krokiem wyższego Jinhwan uderzał tyłkiem o twardy piach, dlatego też ciężko było mu mówić, jednak nie mógł się teraz poddać. – Jak mnie zamoczysz, to cię wykastruję i pójdę do Hanbina.
Te słowa podziałały
na Junhoe jak czerwona płachta na byka, aczkolwiek w pozytywnym tego
stwierdzenia sensie. Już nieważne, że on, Koo June miał zostać wykastrowany
przez swojego hyunga, liczyło się teraz to znienawidzone przez młodszego imię,
na którego sam wydźwięk chłopakowi robiło się niedobrze. A jeśli osobnik
znajdował się zbyt blisko Jinhwana, Junhoe zamieniał się w psa ze zdiagnozowaną
wścieklizną. Jęknął ze zrezygnowaniem i odsunął się od wodnego królestwa
rozrabiającego królewicza, któremu posłał na koniec jeszcze spojrzenie chętne
zamordowania go i zamienienia na swój obiad.
- Hyung – wymamrotał
i pomógł starszemu wrócić do pionu, jednocześnie wciskając nos w zagłębienie
jego szyi. – Dupa mnie boli.
- Mam cię w nią
pocałować? – Jinhwan uniósł brwi i klepnął zgrabny tyłek Junhoe, sprawiając, iż
chłopak jedynie zawył z bólu.
Uśmiechnął się
zadowolony i poklepał już subtelniej pośladki poszkodowanego, przyklejając się
do jego ramienia jak pijawka. Począł go ciągnąć w tylko sobie znanym kierunku,
zostawiając torbę z jedzeniem kaczkom, bo jednak karmić tym Junhwe nie
zamierzał. Wpadł na jakże genialny pomysł zrekompensowania mu katuszy, jakie
wyrządził niesforny łabędź, więc krótkim spacerem wzdłuż rzeki zaprowadził
dzieciaka do lodziarni, w której mogli w miarę w spokoju odpocząć i jeszcze
umilić sobie dzień. Zamówił dla nich po dwukulkowym rożku i razem usiedli przy
stoliku. Jinhwan posłał do Junhoe już nieco cieplejszy uśmiech i przeciągnął językiem
po wierzchu słodkiej substancji. Wiedział jednak, że na normalnym jedzeniu
lodów się nie skończy, bo już od pierwszych sekund czuł to dwuznaczne
spojrzenie na sobie. Zerknął na chłopaka kątem oka już nawet chcąc coś
powiedzieć, ale trafił idealnie ze spekulacjami. Ten dwuznaczny uśmieszek June
mówił wszystko. Chcąc się z nim podrażnić, usiadł do niego przodem, na wolnej
dłoni podparł brodę i zaczął przedstawienie, uprzednio zamykając także oczy.
Mrukliwie językiem tworzył przeróżne wzory, a także wydawał z siebie jeszcze
bardziej sugestywne dźwięki, przez które June całkowicie zapomniał o swoim
lodzie w ręku. Ssał, oblizywał, a nawet podgryzał. Pomimo szumu płynącej wody
doskonale słyszał oddech młodszego, który wydobywał się spomiędzy rozchylonych
warg. Po uchyleniu powiek, Jinhwan przysunął się jeszcze bliżej, oblizał
ponętnie usta, od których zesztywniały Junhoe nie mógł oderwać wzroku, po czym
uśmiechnął się szelmowsko i poświęcił swojego rożka, wciskając go w sam środek
czoła wyższego. Podniecenie zamieniło się na szok.
- Och, stanął ci,
Junhwe. – Słodki głos Jinana dotarł do uszu oszukanego dzieciaka, a zaraz za
nim cmoknięcie.
Lód nie trzymał się
zbyt długo, bo po niespełna kilkunastu sekundach spadł na stolik. Junhoe
przetarł zimne, ubrudzone czoło dłonią i wkurwiony do granic pokręcił głową.
- Zabiję cię , Kim
Jinhwan. – Wysyczał, po czym wstał z impetem, przy okazji przewracając krzesło,
i pognał za hyungiem, który już dawno zdążył spieprzyć, nim chłopak skończył
zdanie.
Nie było na tyle ciepło,
by lody się prędko rozpuściły, więc gonił niższego ze swoim smakołykiem, w celu
wsadzenia go w sam środek dupy tego gnoma. Jako iż był wyższy, dłuższymi susami
dobiegł do niego i złapał od tyłu jednym ramieniem oraz owinął nogą, co by nie
wywinął się dołem. Zaczął przysuwać rożka do nosa starszego, gdy ten złapał
jego rękę obiema dłońmi, broniąc się przed pobrudzeniem. Słabo mu to szło, więc
ostatnią deską ratunku zostało zniszczenie niebezpiecznego narzędzia, jakim był
w tej chwili lód. Zgniótł go w dłoni, zaś June odpuścił, ostatecznie nie mając
czym atakować. To były tylko pozory. Gdy niższy się do niego odwrócił, zimną,
ubrudzoną dłoń przyłożył mu do twarzy, a potem wybuchł gromkim śmiechem.
Jinhwan jedynie
zmrużył groźnie oczy i zmarszczył swój nadal bolący nos, nie odzywając się.
Było to oczywiście błędem, bo Junhoe wykorzystał jego brak asertywności i
ponownie, z diabelnym uśmieszkiem przeciągnął dłonią po twarzy starszego,
brudząc go słodką substancją z rożka jeszcze bardziej. Twarz niższego po spotkaniu
z większą dłonią zabawnie wyciągnęła się w dół, by ostatecznie aż świecić się
od białej substancji rożka, która nawet teraz wyglądała jak milion dolców
dwuznaczności.
- Och, hyung. Ciężko
pracowałeś swoją śliczną twarzą, prawda? – młodszy odgryzł się, ale jak
wiadomo, nie żaden z nich nie mógł się na siebie gniewać jakoś bardzo długo.
Nie minęła chwila, aż
Koo pochylił się nad drobnym ciałem Jinhwana i zakleszczył go w przyjemnym
uścisku, jednocześnie przytykając swoje usta do jego policzków. Cmoknął go w
nie kilka razy, by zaraz skierować się do nosa, który pocałował w celu zabrania
lodowej substancji i jednocześnie przeproszenia go za wcześniejsze
skrzywdzenie. Widząc odprężony i zadowolony wyraz twarzy niższego, Junhoe
uśmiechnął się triumfalnie głaszcząc go po plecach jak kota. Zaraz złapał jego
rękę w uścisk i oblizał wargi, wskazując wolną dłonią na przestrzeń przed sobą.
- Wracajmy do domu,
hyung - stwierdził, co spotkało się
jedynie z aprobatą drugiego.
Dali sobie jeszcze
jednego całusa, i ignorując swój jakże piękny wygląd w tym momencie, jedynie
skierowali się do dormu, w którym zapewne już od kilkunastu godzin trwała wojna
o to, kto dzisiaj sprząta. Kiedy weszli do środka, spodziewali się armagedonu,
wrzasków, pisków, rozjebanych ścian. A jednak! Panowała względna cisza oraz
spokój. Obaj wzruszyli ramionami, lecz Jinhwan zrobił to prędzej, po czym udał
się do kuchni i nawet nie zdążył złapać za szyjkę butelki swojego cudownego
wina, gdyż June złapał go w swoje silne ramiona, po czym wyniósł do salonu,
gdzie rzucił go na kanapę i sam się posadził na jego biodrach. Poruszył
wymownie brwiami, po czym zaczął siłować się ze starszym o jego bluzę, a raczej
bluzę młodszego. Raz udało mu się ją podwinąć, lecz Jinhwan od razu ją
opuszczał, aż doszło do szamotaniny, przez którą spadli na podłogę, robiąc przy
tym niesamowity hałas. Zadrżał sufit, szklanki w kuchni oraz uszy Chanwoo.
Zainteresowany głośnymi dźwiękami oraz stęknięciami (czytaj: Jinan chciał wyjść
spod cielska największej dupy w zespole) Hanbin wpadł do salonu.
- A kurwa! Już po
seksie i się nie załapałem! – wskazał palcem na twarz najstarszego, po czym
podbiegł do nich, klepnął June w pośladek i spierdolił z krzykiem. – Zaklepane!
Zszokowany Jinhwan
widział ten mord w oczach swojego kochanka, lecz zdążył tylko pokręcić głową i
powiedzieć ciche „nie”, gdy Junhwe poderwał się, dzikim sprintem ruszając za
liderem. Znalazł go w szafie, więc zaczął zacierać dłonie.
- Trzepnę cię raz a
porządnie w ten krzywy ryj, to się może wyprostuje! – Strzelił kostkami, po
czym wziął szeroki zamach, zaś B.I skulił się, jak szczeniak.
W ostatnich sekundach grozy do
pokoju wpadł najstarszy, niemalże w stylu formuły na zakręcie w Monte Carlo.
- Koo kurwa Junhoe! –
krzyknął, co było do niego niepodobne, dzięki czemu ręka młodszego zatrzymała
się w powietrzu, nieopodal twarzy lidera. – Masz natychmiast udać się do mojego
pokoju, inaczej zafunduję ci taki grafik, że nie będziesz miał czasu podrapać
się po seksownej dupie.
Chciał zaprzeczyć,
aczkolwiek w tym samym momencie Jinhwan uniósł rękę i postąpił krok do przodu.
Junhwe rzucił Hanbinowi spojrzenie mówiące, iż później go zabije, i opuścił
pomieszczenie, udając się tam, gdzie nakazał mu kochany hyung.
- Ciota. – Wredny
rechot Hanbina doszedł do uszu najstarszego, który zaraz z impetem zatrzasnął
drzwi szafy tuż przed ryjem lidera.
- Morda, kasztanie. –
rzucił i wyszedł za swoim nieokiełznanym kochankiem, kręcąc przy tym ponętnie
chudymi biodrami. – Już do ciebie idę, mój Koo Junhoe~
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz