poniedziałek, 26 września 2016

Between Heaven & Hell: Rozdział II: Follow Me


W dzielnicy Jung jeden z pięciogwiazdkowych, elitarnych hoteli Lotte był oblężony przez paparazzi, samochody stacji telewizyjnych, a  nawet dwa helikoptery, których reflektory były skierowane na główne wejście, zaś śmigła wytwarzały na tyle wielki harmider, aby uprzykrzyć innym gościom sen.
Na Foyer (wym. Fuaje) zgromadziło się ponad trzysta elegancko ubranych ludzi, w większej mierze mężczyzn, którzy z lampkami szampana w dłoniach oczekiwali na otwarcie Szmaragdowej Sali Balowej. Zebrali się w znajome koła, zapoznawali z innymi, przybierali na twarze fałszywe, empatyczne uśmiechy. Gwar rozmów oraz głośnych, sztucznych rechotów zagłuszał wirniki helikopterów krążących na zewnątrz.
Jeden jegomość nie kwapił się podejść do żadnej grupy, gdyż był zbyt zajęty rozmową przez telefon, będąc niemalże wtopionym w ścienne okno z widokiem na otoczone mrokiem miasto. Jego jasne, kasztanowe, prawie rude, włosy lśniły w świetle kryształowych żyrandoli, zaś od postawy biła pewność, a także niezależność. W momencie, gdy skończył rozmawiać drzwi do sali otwarły się i cała zgraja bogaczy zaczęła wchodzić do środka w poszukiwaniu swoich miejsc.
Młodemu mężczyźnie nigdzie nie było spieszno. Wpierw wzrokiem odnalazł na liście swoje imię oraz nazwisko, potem umiejscowienie stolika wraz z listą czterech osób, z którymi musiał dzielić. Z ciężkim westchnięciem poprawił grzywkę opadającą na prawe oko, po czym jako jeden z ostatnich wszedł do bogato wystrojonej sali, zdolnej pomieścić nawet siedemset gości. Białe obrusy, czarne pokrowce na krzesła, niemalże pełna zastawa, a także obecna obsługa rozstawiona w kątach sali oddawała ważność imprezy.
Ze sprytem kota przedostał się pomiędzy stolikami pozostając niezauważonym. Miejsce, gdzie znajdował się firmowy stół, było dla niego co najmniej śmieszne. Samo centrum sali. Akurat kiedy dotarł w jego stronę odwrócił się CEO spółki Daimler. Zmarszczki tegoż człowieka mogły robić za nowy wzór ceramicznych waz. Przywitał się z nim mocnym uściskiem dłoni oraz lekkim uśmiechem, a następnie zostali mu przedstawieni dyrektor generalny finansów oraz prezes firmy Smart podległej Daimler, tak samo jak Im Jae Bum i jego firma Mercedes-Benz.
Krzesła przy stołach były ustawione tak, by nikt nie siedział tyłem do parkietu oraz sceny, gdzie znajdowała się mównica. Po zajęciu miejsca, w oka mgnieniu z prawej strony Smarta znalazł się kelner proponujący wodę, wina oraz soki. Zgodnie ze wskazówkami zegara w ruch poszło francuskie, wytrawne, czerwone wino.
Niezainteresowany rytuałem rozlewania alkoholu spojrzał na kartkę formatu A5, która leżała pod złożoną w wachlarz serwetką każdego gościa. Zawierała krótki plan całej imprezy oraz informacje dotyczące dotacji, które dany stolik miał wypisać na czeku i włożyć w kopertę. Wszystko było w czterech językach: koreańskim, chińskim, japońskim oraz angielskim.
- Przepraszam bardzo. – Uniósł wzrok i spojrzał wpierw na siedzącego obok wiceprezesa, a potem dopiero na CEO, który już zaczął znęcać się nad obsługą. – Mogę prosić o dostawienie jeszcze jednego miejsca? Organizator jest z naszej firmy i najwidoczniej nie został uwzględniony.
Wysoki, chudy chłopak z małym przerażeniem w oczach przeprosił parokrotnie, po czym niemalże w podskokach zniknął z sali, by jak najszybciej uzupełnić brakującą zastawę.
Reszta mężczyzn, wraz z Jae Bum’em, spojrzała pytająco na dyrektora generalnego.
- Czemu tak na mnie patrzycie? – Żachnął się, po czym upił większy łyk wina, a następnie świńsko oblizał swoje usta. – Organizator dzisiejszej imprezy to nowy wiceprezes Maybach. Przychodzicie na galę i nawet nie wiecie, kto ją organizuje? Nie wspominam nawet o naszej spółce, którą się najwidoczniej nie interesujecie. Słabo, moi mili.
Im powstrzymał się od westchnięcia lub innego niepożądanego gestu, jednocześnie rozmyślając nad całą tą imprezą. Głównym planem był szybki powrót do domu zaraz po zakończeniu licytacji, zaś pobocznym upicie się na tyle, by było to niewidoczne, ale wystarczające, aby nie słuchać tego starego zgreda. Ostatecznie postanowił je ze sobą wymieszać.
Nim zdążył sięgnąć po kieliszek jasne światła zaczęły przygasać, a na ich miejsce pojawiła się granatowa poświata. Tylko scena wraz z mównicą pozostały należycie oświetlone. Na sali zapadła wyjątkowa cisza. Wielki ekran rozbłysnął, po czym pojawił się napis:

Gala rozdania nagród Pulceneo 2014

Zaczęła grać cicha muzyka, a parę sekund później na podest wkroczył blondwłosy mężczyzna. Z dumą przeszedł do mównicy, gdzie wpierw wszystko ułożył, ustawił i uśmiechnął się do publiczności. Jae Bum został ogarnięty przez ewidentną nudę, więc sięgnął po kieliszek z winem i zaczął je powoli sączyć, mając wzrok wbity w bukiet kolorowych kwiatów w wazonie stojącym na środku stołu. Prawdopodobnie farbowanych lilii.
- Dobry wieczór wszystkim tu zebranym. – Jakże młody, męski głos wypłynął z głośników, który zaciekawił rudowłosego w takiej mierze, że spojrzał z powrotem w stronę sceny. – Jestem wiceprezesem Maybach, synem prezesa Wang Rui Ji, Wang Ka Yee. Główny organizator dzisiejszej Gali Pulceneo oraz przewodniczący akcji charytatywnej na rzecz chorych dzieci w seulskich szpitalach.
Kiedy Jae Bum usłyszał te informacje zakrztusił się alkoholem. Zakrył usta dłonią, starając się jak najciszej pokasływać, ale i tak kilka par oczu było zwrócone ku niemu, w tym całego stolika. Z załzawionymi oczami ledwo dał radę klaskać, a na pytanie, czy wszystko w porządku, z lekkim uśmiechem skinął głową. W końcu nie codziennie widzi się, ba, słyszy, żywego trupa.
- Na początku zaczniemy od krótkiego sprawdzenia obecności, wyjaśnienia kilku spraw, a potem w kolejności przejdziemy do rozdania nagród, następnie licytacji. – Wciąż mówił z odsłoniętymi białymi kłami, wzrokiem obiegając salę. – Ale to już poprowadzi drugi organizator, który sam się przedstawi.
Kolejne oklaski, po czym pan Wang, chińczyk, lat dwadzieścia trzy, metr siedemdziesiąt cztery wzrostu, zaczesane w tył blond włosy; zszedł z podestu i zmierzył wprost do dostawionego miejsca przy stoliku spółki Daimler. Żadnych widocznych zadrapań, uszczerbków fizycznych, ani nawet psychicznych.
Sam Jae Bum nie wiedział, czy ma omamy, a może to zakrzywiona rzeczywistość. Ów facet powinien już martwy leżeć pod ziemią i bawić się z dżdżownicami, a nie normalnie sobie podchodzić i witać się z każdym napotkanym człowiekiem.
- Jak przystało na syna prezesa, pierwsze wrażenie zrobione perfekcyjnie. – Stary dziad poklepał go po plecach oraz mocno uścisnął dłoń, po czym zaczął przedstawiać resztę. – Poznaj swoich wspólników, czyli Choi Dong Wook, firma Smart, oraz Im Jae Bum, który jest prezesem Mercedesa. Podobnież Twój ojciec zrezygnował z samodzielnego bytu Maybacha i postanowił przedłużyć, a także ulepszyć współpracę, by stworzyć bardziej luksusową wersję.
Uścisnął dłoń młodszego mężczyzny, niemalże piorunując go wzrokiem. Skóra była ciepła, więc opcja żywego trupa odpadła. Nadal był dla niego, jak medyczna zagadka, bo godzinę temu przez telefon usłyszał potwierdzenie o jego śmierci.
- To była decyzja mojego ojca, w której ja miałem najmniejszy udział… - Przy odpowiedzi wyglądał na lekko zmieszanego.
Podstawiony sobowtór?
- Umowa zostanie przedłużona już jutro w południe, w mojej firmie. – Poinformował go Im, siadając z powrotem na swoje miejsce. – Mam skrytą nadzieję, że zaszczyci nas pan swoją obecnością, skoro mamy razem stworzyć coś niesamowitego, a zaczniemy od zwyczajnego pliku kartek.
Pomyłka?
- Ależ oczywiście. To jest mój priorytet. – Odparł, nadal stojąc przy stole. – Na moment panów opuszczam. Muszę wykonać ważny telefon, a tutaj jest trochę zbyt głośno.
Przeżył?
Szybkim krokiem oddalił się w stronę wyjścia. Jae Bum również przeprosił, tłumacząc się toaletą. Podążył za Wang’iem między stolikami, czując na sobie spojrzenia spragnionych kobiet oraz nienawistnych mężczyzn. Na Foyer dało się wyczuć bardziej chłodne, lekkie powietrze, całkowicie różniące się od tego na sali. Obsługa wystawiała akurat bufet, ale nawet na nich nie spojrzał, gdyż musiał na razie w odpowiedniej odległości trzymać się za Ka Yee.
Minęli kolejne dwa wejścia do sali, a następnie znaleźli się przy windach, szatni, aż młodszy wszedł do męskiej toalety. Im był odrobinę zdziwiony, gdyż tamten mówił o jakimś ważnym telefonie, a na samym korytarzu było wystarczająco cicho, by móc go wykonać. Nie zaprzątając sobie tym dłużej myśli wszedł za nim do eleganckiej łazienki, w której królował biały marmur z czarnymi wykończeniami.
- Nie miałeś przypadkiem skorzystać z toalety? – W jednej sekundzie blondwłosy odwrócił się do niego, wymuszając na nim zatrzymanie się.
- Nie miałeś przypadkiem nie żyć? – Skontrował Jae Bum, przybierając na usta lekko kpiący uśmiech.
Prychnięcie wydobyło się z ust młodszego, który był ewidentnie rozbawiony całą tą sytuacją. Spojrzał w lustro, a potem z powrotem przeniósł wzrok na starszego, bokiem opierając się o kamienną umywalkę, zaś ramiona skrzyżował poniżej piersi.
- Może tak, może nie. – Wzruszył ramionami, ewidentnie się drażniąc. – Kto to wie?
- Nie miałeś przypadkiem wykonać jakże ważnego telefonu?
- Nigdy. Po prostu chciałem z tobą porozmawiać w cztery oczy i ujrzeć w nich tę nienawiść do mojej osoby. – Cmoknął, mając już dość zabawy w pytania, i podłożył dłoń pod kran. Czujnik zadziałał, a od ścian zaczął się odbijać dźwięk szumiącej wody. – Jesteś tak przewidywalny, a to dopiero nasze pierwsze spotkanie. – Uniósł wzrok z powrotem na osobnika przed nim. - A nuż pierwsze i ostatnie.
Starszy obejrzał się na krótką chwilę, by mieć pewność, że nikt nie nadchodzi. Gdyby ktokolwiek usłyszał, że prezes Mercedesa grozi swojemu przyszłemu wspólnikowi śmiercią, mogłoby go to pogrążyć już na zawsze.
- Nie wiem, jak uniknąłeś śmierci, ale wiedz, że postaram się, byś za drugim razem nie mógł zmartwychwstać. – Szept rudowłosego trafił wprost do uszu Ka Yee, na co ten w ogóle nie zareagował, nadal się uśmiechając.
- Nie jesteś bogiem. – Odparłszy, zmierzył w stronę wyjścia, jeszcze na chwilę przystając przy wyższym Jae Bum’ie. – Obyś zdążył mnie zabić.
W tym momencie uśmiech zniknął z jego ust, a źrenice iskrzyły wrogością. Postawiwszy krok, został zatrzymany przez silny uścisk dłoni starszego na jego przedramieniu.
- Grozisz mi? – Zapytał, patrząc na niego z góry, jednocześnie mocniej ściskając jego rękę.
- Jeśli zdechniesz, dwie firmy staną się jednością pod moim kierownictwem, a tego byś nie chciał, prawda? – Znowu uśmiech, który zaczął doprowadzać wyższego do szału. – Życie masz jedno, a następcy żadnego, więc znaj wartość mojej groźby, inaczej wyprowadzisz się do piekła szybciej, niż myślisz.
Wyrwał ramię z uścisku wroga, poprawił marynarkę i opuścił łazienkę, zmierzając z powrotem do sali, gdzie czekali na niego potencjalni promotorzy, którym musiał, przysłowiowo, wejść w dupę.

¥

 Lista obecności już dawno została sprawdzona i rozpoczęła się coroczna gala rozdania nagród dla małych oraz ogromnych korporacji umiejscowionych w Seulu. Zwycięzców kategorii głównie wyczytywali goście specjalni, ale jedna z kopert trafiła także do Im Jae Bum’a, którego gra aktorska przekraczała wszelkie granice. Gdy podał zwycięzcy statuetkę w kształcie skrzydeł, jako najlepsza młoda firma na rynku, niemalże zbiegł ze sceny z powrotem na swoje miejsce. Przez coś tak prostego można było zauważyć u niego aspołeczność oraz unikanie bycia w centrum uwagi.
Ledwo usiadł i dopił do końca swoje czerwone wino, kiedy została otwarta ostatnia koperta.
- Nagrodę za najlepszą współpracę otrzymuje koncern Mercedes-Maybach. Gratulacje.
Obaj byli zaskoczeni. Wang o mało co nie zwrócił kawałka sałaty, zaś Im tak mocno uderzył kolanem o stół, że idąc w stronę sceny musiał bardzo się starać, aby nie okazać najmniejszego bólu.
Pozwolił Ka Yee trzymać statuetkę w dłoniach, zaś sam zachował bezpieczną odległość, podczas gdy tamten odwalał krótką i jakże piękną przemowę. W chwili jej zakończenia był blisko ucieczki z powrotem do stołu, lecz drugi organizator ujął go pod ramię, zaprowadzając do wspólnego, pamiątkowego zdjęcia.
Sztuczne uśmiechy, masa oślepiających fleszy, a potem wolność. Przy stole trwała już zażarta dyskusja, w której firmie będzie znajdowała się statuetka. Nie chcąc zamienić ze sobą ni słowa uzgodnili, że brzydkie coś w kształcie dwóch podanych sobie dłoni zaaklimatyzuje się w głównej firmie spółki. Dziad był przeszczęśliwy, zaś młodsi prezesi toczyli walkę na najgroźniejsze spojrzenie.
Nastąpiła krótka przerwa. Muzyka cicho wypływała z głośników, zaś wygłodniałe zwierzęta rzuciły się w stronę Foyer na bufet. Rudowłosy na krótką chwilę pozostał sam przy stole, nagminnie sprawdzając godzinę. Paręnaście minut po dziesiątej wieczorem. Miał nikłą nadzieję, że Ka Yee odpuścił i już wyszedł, ale przypomniał sobie o tym, iż był to główny organizator. Dopił do końca wino, gdy tamten wrócił jedzeniem na talerzu.
- A żebyś się udławił. – Zażyczył mu Jae Bum i poprosił kelnera o ponowne dolanie wina. Nie czuł się pijany, a ilości wypitego alkoholu nawet nie liczył. Z każdym łykiem złość mijała, dlatego był to jakiś sposób przetrwania.
- Dziękuję. – Kolejny denerwujący uśmiech i całkowite olanie wredności starszego. – Życzę tobie raka wątroby.
Po powrocie reszty bogaczy do stołu postanowił chociażby na chwilę wstać i od nich odpocząć. Było mu niedobrze od samego patrzenia, jak się objadali wykwintnym, śmierdzącym żarciem. Wyjście z ciemnej sali do jasnego korytarza stało się bolesne dla oczu, zaś samopoczucie spadło na łeb, na szyję z powodu głośnego tłumu. Tuż obok wind znajdowały się dwa fotele, o dziwo przez nikogo nie zajęte. Skorzystał z okazji i wygodnie się rozsiadł, łokieć opierając na podłokietniku, a na dłoni policzek. Na cyferblacie złotego zegarka na lewym nadgarstku widniała dopiero godzina jedenasta wieczorem. Minęły dwie godziny, a czekała druga tura w postaci licytacji.
Przez taką ilość ludzi wszędzie było duszno, a klimatyzacja nie nadawała się do niczego. Chyba, że stanęło się centralnie pod nią. Wtedy był to jakiś ratunek. Oczywiście znaleźli się królowie, którzy nakazywali obsłudze ją włączyć, a odpowiedź informująca o jej działaniu od samego początku, przyjmowali z wielkim oburzeniem, po czym kolejnym rozkazem było otwarcie okien, których się otworzyć nie da.
W akompaniamencie ciężkiego westchnięcia przymknął powieki, by móc chociażby przez kilka sekund zregenerować siły wśród całego tego nieoznakowanego bydła. Wina postanowił już nie pić, ani żadnego innego alkoholu. Wyłącznie wodę. Niegazowaną.
Ciemność przed oczami zaczęła naprzemiennie zmieniać barwę z czerwonej na niebieską, potem zieloną, żółtą i tak w kółko, aż ujrzał sylwetkę Ka Yee. Czyżby już zasnął w tym hałasie i rozpoczął się koszmar? Nic bardziej mylnego.
Chińczyk uśmiechał się w bardziej perfidny sposób, niżeli było mu dane ujrzeć wcześniej, podchodząc coraz bliżej. Jego usta poruszały się, lecz nie potrafił z nich odczytać ani słowa. Mówił do niego w innym języku? Wyglądało to tak, jakby rzucał jakąś klątwę, co przekraczało granice ludzkiej głupoty, gdyż coś takiego na pewno nie istniało.
A może?
Nie mógł się ruszyć z fotela. Wstać, obrócić głowy, drgnąć chociażby palcem. Nawet zamknąć oczu. Żadnej możliwości ucieczki przed wrogiem, w którego dłoni lśnił srebrzysty pistolet. Nikogo wokół, tylko oni obydwaj oraz mrok wnikający w ich ciała. Starszemu coraz trudniej było złapać oddech, kiedy to Wang uniósł rękę z bronią, celując wprost w serce Jae Bum’a. Wargi młodszego nadal wypowiadały słowa, których nikt  nie mógł usłyszeć.
Zatrzymał się przed rudowłosym w odległości dwóch metrów. Lufa pistoletu z sekundy na sekundę była coraz bliżej pomimo tego, iż tamten nawet nie postawił kroku. Zaczęła starszemu zabierać widok na jego oprawcę.  W momencie, gdy zniknął całkowicie, nastąpił błysk, rozjaśniający wszystko wokół. Chwilowy ból głowy, po czym poderwał się i otworzył oczy.
Nadal był w hotelu, na tym samym fotelu, zaś z sali obok wydobywał się ogrom hałasu. Było mu cholernie gorąco, aczkolwiek chciał wyśmiać sam siebie za zaśnięcie w takim miejscu. Przeszkodził mu w tym kolejny oślepiający błysk. Kiedy czarne plamki zaatakowały jego wzrok, zdążył zauważyć, jak ktoś ucieka. Ruszony dziwnym przeczuciem ruszył w pogoń za ów człowiekiem. Skupiwszy się całkowicie na uciekinierze, który ewidentnie był niższy od niego, bo prześlizgiwał się pomiędzy ludźmi bez problemu, puszczał mimo uszu swoje imię wykrzykiwane przez zupełnie nieznane mu indywidua.
Młodzian zmierzający w stronę zaplecza obsługi odwrócił się na sekundę, by ujrzeć, czy nadal jest ścigany, i to był jego błąd. Prawym ramieniem uderzył o framugę, przez co go obróciło o sto siedemdziesiąt stopni i padł na ziemię, a w tym czasie Jae Bum doń dobiegł. Zdjął z szyi nastolatka cyfrowy aparat Nikon i zaczął przeglądać zdjęcia. Było ich ponad czterysta, z czego od dłuższej chwili natrafiał tylko na swoje. Chłopak nie chciał dać za wygraną, wyciągając ręce po swoją własność, aczkolwiek Im był szybszy i złapał jego chudą szyję w swoją dłoń, dzięki temu zachowując bezpieczną odległość. Zszokowani kelnerzy wyjrzeli zza kolejnej ściany. Żaden z nich się nie ruszył dopóki rudowłosy nie nakazał przyprowadzić ochrony. Cała ta gonitwa nie umknęła oczywiście staremu dziadowi, który rozepchał wszystkich i z groźnym, półślepym, spojrzeniem stanął przed Jae Bum’em.
- Co to ma znaczyć? – Wysyczał przez zaciśnięte usta, jakby sztuczna szczęka miała zamiar uciec, bądź zaatakować kogoś z gapiów.
- Dzieciak nie ma identyfikatora. – Wytłumaczył, zaraz puszczając wspomnianego bachora, który padł na podłogę, najwidoczniej osłabiony, bądź przerażony. – Bezprawnie robił zdjęcia wszystkim tu zebranym.
Wyjął z urządzenia kartę pamięci, po czym złamał ją na dwie części i wszystko oddał właścicielowi, dopiero co podnoszącemu się z ziemi. Obciął go jeszcze pełnym pogardy spojrzeniem, dopiero za sprawą CEO odchodząc w stronę sali. Żaden z zarejestrowanych fotoreporterów nie odważył się nawet unieść aparatu, nie chcąc skończyć podobnie.
Mężczyzna poluźnił krawat, by móc swobodniej oddychać, a także zdjął marynarkę, by bardziej odczuć chłodne powietrze wypływające z klimatyzacji. Tuż przed uchylonym wejściem na salę drogę zablokowała mu kobieta z kieliszkiem białego wina w dłoni. Kruczoczarne, falowane włosy opadały na jej niemalże białe ramiona. Mocny makijaż obrzydził go tak samo, jak prawie ilość odkrytego ciała.
- Widzę, że prezes ceni sobie swoją prywatność. – Niby subtelnie, niby kusząco oblizała usta oraz zakręciła winem w kieliszku, chcąc tym uwieść mężczyznę, lecz ten tylko westchnął.
- Cenię sobie także swój czas, więc pani pozwoli, że już pójdę. – Uśmiechnął się sarkastycznie i wyminął ją, czym prędzej zmierzając do swojego stolika.
Wolał siedzieć z wrogami, aniżeli sprawiać sobie kolejnych. Zająwszy swoje miejsce zorientował się, iż ma przed sobą talerz z jedzeniem. Skrzywił się lekko na sam widok tegoż wszystkiego. Ryż, dziwne mięso oraz surówka nie dość, że wyglądały nieapetycznie, to jeszcze ich zapach był odstręczający.
- Przyniosłem to dla ciebie, hyung. – Miły głos Wang’a jeszcze bardziej zniechęcił starszego do ów posiłku. – Nic nie jadłeś, odkąd tutaj jesteśmy.
Im spojrzał po kolei na siedzących przy stole, którzy przyglądali mu się z uwagą, a następnie odchrząknął, lekko się uśmiechając.
- Przepraszam, ale nie jadam po osiemnastej. – Delikatnie odsunął od siebie talerz i nawiązał kontakt wzrokowy z siedzącym naprzeciwko Ka Yee, któremu odmowa widocznie się nie spodobała.
Nie wiedział, czy zwariował, ale w tym jedzeniu mogło się znajdować wszystko. Nawet wroga ślina. By zapełnić pusty żołądek poprosił o nalanie niegazowanej wody, a ostatecznie o pozostawienie dwóch butelek. Pozbył się także niesmakowitego prezentu, czekając teraz na charytatywną licytację. Oczekiwanie niemiłosiernie się dłużyło, a puszczanie kitowych piosenek było jeszcze gorsze. W tym czasie zdążył się dowiedzieć o licytowanych rzeczach. Biżuteria, obraz, podpisana koszulka znanego szermierza, czyli wszystko, co było zbędne bogaczom i akurat nadeszła okazja, by się tego pozbyć.
Salwę śmiechu przy ich stoliku wywołali sam Jae Bum oraz Wang, którzy postanowili wystawić swoje firmowe auta. Ów zachowanie CEO było niezbyt jasne dla pozostałych, ale wtórowali mu.
Po rozpoczęciu się licytacji pobliskie stoły w ogóle nie licytowały, czekając na jeden z pojazdów. Skoro podsłuchali, to mogli skorzystać. Wiceprezes na zmianę z prezesem walczyli o jakiś brzydki obraz, ale kiedy dziad wygrał, to starał się przetłumaczyć dzieciakom nie znającym dziwactw sztuki, jak bardzo ten kawałek płótna jest wartościowy.
W końcu przyszedł czas na główne atrakcje dzisiejszego wieczoru. Pierwszym rzutem był samochód od Wang Ka Yee. Maybach Exelero, który podobnież został stworzony w jednym egzemplarzu na prezentację, a potem kupiony przez rapera Bryan’a Williams’a za osiem milionów dolarów. Podpite zwierzęta z chęcią rzuciły się na taki kąsek. Drugie cudeńko dwukrotnie przewyższyło wartość pierwszego.
Blondyn z tryumfem uniósł jedną brew, kierując swoje dumne spojrzenie na zupełnie niezainteresowanego Jae Bum’a, który zaczął już opróżniać drugą butelkę wody.
 Ostatnim przedmiotem do licytacji został klasyczny kabriolet Mercedes z dziewięćdziesiątego trzeciego roku w rzadkim kolorze Nautikblau.  W związku z tym, iż wcześniejsze auto wykosztowało arystokratów, ten samochód poszedł za niecałe trzy miliony dolarów. Tym razem nie udało mu się wygrać z chińczykiem, ale wojna dopiero się zaczęła, a to była dopiero pierwsza bitwa.
Po oklaskach, wiwatach oraz wzniesieniu toastu przyszedł czas na zabawę do białego rana. Scena została szybko rozmontowana, a na jej miejsce pojawiła się dalsza część drewnianego parkietu oraz DJ. Rudowłosy, mający dość wrażeń na jeden wieczór, wysłał krótkiego sms’a do swojego kierowcy, a następnie wstał od stołu, by się miło pożegnać. Dla kolejnego nieszczęścia Ka Yee uczynił to samo. Na krótko cisnęli w siebie piorunami, zaraz zwracając się do starszych.
- Muszę już opuścić nasze serdeczne towarzystwo. – Im przysunął krzesło do stołu i ułożył dłonie na oparciu, widząc sztuczne, niezadowolone miny starszych.
- Prezesie Wang. – Dziad wstał i podszedł do blondyna, przyjacielsko obejmując go ramieniem. – Też nas opuszczasz? Powinniście zostać, trochę się pobawić, a nie ciągle pracować.
- Dzięki ciężkiej pracy jesteśmy w stanie utrzymać nasze stanowisko. – Odparł z małym uśmiechem, kłaniając się CEO i powoli odchodząc. – Żeby nasza współpraca była najlepsza musimy wszystko dokładnie przygotować, prawda, prezesie Im?
Zaskoczony Jae Bum oderwał wzrok od irytującego dyrektora spółki, po czym przytaknął swojemu wrogowi. Ukłonił się wszystkim, z gracją obrócił na pięcie i szybkim krokiem zmierzył do wyjścia. Z dobrym wyczuciem zamknął drzwi tuż przed nosem młodszego. Odebrawszy z szatni swój płaszcz stanął przed trzema windami, czekając na jedną z nich po wduszeniu przycisku ze strzałką skierowaną w dół. Ku jego niezadowoleniu Ka Yee także zdecydował z nich skorzystać, stojąc tuż obok.
Z przekleństwami pod nosem rudowłosy postanowił pójść schodami. W końcu to tylko sześć pięter w dół, lecz dwukrotna ilość stopni. Po pięciu minutach męczącego schodzenia spojrzał na zegar umieszczony tuż nad recepcją. Właśnie wybiła druga w nocy. Zaczęło go przerażać to, że w większości swoich spojrzeń na godzinę, była ona równa.
Przeszedł przez obrotowe drzwi, wychodząc na szeroki plac z jeszcze nie plującą fontanną, pod którą przyjeżdżały limuzyny po swoich właścicieli. Swojego kierowcy nigdzie nie widział, ale już bardziej wściekły nie potrafił być.
W niektórych miejscach można było się dopatrzeć małych warstw śniegu, zaś chłód nie dawał się tak bardzo we znaki, pomimo rozgrzanego ciała. Narzucił na ramiona długi, czarny płaszcz i skrył za dłonią ziewnięcie, gdy tuż obok jego głowy przeleciał szary dym papierosowy. Zerknął w tamtą stronę i ujrzał nikogo innego, jak żyjącego trupa.
- Znudziłem się czekaniem na ciebie. – Westchnął ciężko i wysunął dłoń z zapalonym papierosem w stronę starszego. – Masz jakiś granat w gaciach?
To stwierdzenie rozbawiło Jae Bum’a, lecz ukazał to tylko w postaci małego prychnięcia. Wziął małe, do połowy spalone, uzależnienie spomiędzy palców młodszego i mocno się zaciągnął, zaraz wypuszczając chmurę dymu w powietrze.
- Nawet gdybym miał, to nie uważasz tego za niestosowne, jakbym go teraz wyciągnął? – Zapytał z czystej ciekawości, gasząc resztkę papierosa na krawędzi fontanny.
- Może. – Jak dzieciak zaczął na zmianę bujać się na stopach, ukradkowo zerkając do tyłu. – Stwórzmy pozory dobrych znajomych.
Odchylił lekko marynarkę, z wewnętrznej kieszeni wyjmując małą wizytówkę, którą ujął w dwie dłonie, a następnie podał ją starszemu.
- Musisz mi wybaczyć, ale dzisiaj swoich nie wziąłem. – Zabrał mały kartonik i klepnął młodszego w ramię, kiedy z ulgą zobaczył, że przyjechał jego transport.
Bez pożegnania wsiadł na tylne siedzenie, obite kremową skórą. Wyciągnął nogi, wygodniej zapadając się w miękkim siedzisku. Kierowca ruszył, doskonale wiedząc gdzie chce znaleźć się jego szef.
Im odetchnął i przymknął na chwilę oczy, po paru sekundach przypominając sobie o otrzymanej wizytówce. Obrócił ją napisami w swoją stronę, uprzednio zapalając światło.


Jackson Ka Yee Wang
Wiceprezes Maybach




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz