"Wierzyłem w ciebie"
Powiadają, ale
rzeczywistość i tak bywa bardziej brutalna, aniżeli można by się
spodziewać.
(…)
Jasne włosy, których
nieco przydługa grzywka niesfornie opadała na oczy w kolorze słodkiego karmelu,
powiewały pośród mroźnego, zimowego powietrza, łapiąc na siebie białe, puchowe płatki,
przez co mokły i robiły się nie do zniesienia. Poirytowana mimika z nadzwyczaj
zwężonymi brwiami dodawała przystojnej twarzy nieco szpetności, ale i w pewnym
sensie czegoś w rodzaju pewności siebie. Szybki krok odbijał się głucho między
chodnikiem, a schodami prowadzącymi do opuszczonego przez chłopaka chwilę temu
budynku. Budynku, który w naszym, potocznym języku nazywa się szkołą, a będąc
już bardziej dokładnym i upartym – szkołą średnią stopnia wyższego, liceum Kaijō.
Ruszył w tempie szybkim do głównej bramy, za której kratami chciał zyskać
trochę wolności, ale nie było mu to dane.
- Kise-kun! –
sparaliżowany tylko odwrócił lekko głowę w stronę dochodzącego dźwięku i
poczuł, jakby wielki kamień go przygniótł.
Tuż za nim, jak
zwykle zresztą, czekała grupka jego fanek, składających się w większości z
dziewczyn ze starszej klasy. Zważywszy na to, że on sam był dopiero w pierwszej
klasie. Westchnął ciężko i zbył je jednym ze swoich najpiękniejszych uśmiechów,
niczym na początkującego modela przystało. Pomachał im jeszcze na pożegnanie,
co sprawiło, że połowa miała wilgotne majtki i przeprosił.
- Muszę już iść.
Powodzenia na egzaminach końcowych!
- Tobie też,
Kise-kun! Wiem, że na pewno ci dobrze pójdzie! – skrzywił się i skręcił w prawo,
chowając się za ceglanym murem w kolorze ciemnej czerwieni.
Jasne, na pewno.
Pewnie uwierzyłby w
to, dopiero wtedy, jeśli również udałoby mu się wygrać Mistrzostwa Zimowe, ale
teraz obawiał się jedynie, że porażka jedna za drugą, będą się ciągnąć za nim w
nieskończoność. A poza tym, nienawidził się uczyć. Dziwił się dlatego, jakim
cudem dostał się teraz tutaj, gdzie właśnie skończył swoją pierwszą klasę.
Szczęście, czy fart? Albo lepiej: dlaczego bez szwanku udało mu się wyjść z
Teikō? Przetarł dłońmi swoją twarz, zmęczony wzrok wbijając w rażący po oczach
śnieg. W jego głowie kłębiło się też stado różnorakich myśli na temat
przyszłości, która z jednej strony zapowiadała się obiecująco, ale zaś z
drugiej strony… Nie. Nie mógł teraz odpuścić sobie tego o czym marzył od tak
dawna, nie mógł pozwolić na to, by wszystkie marzenia prysły niczym bańka
mydlana tylko dlatego, że społeczeństwo chciało inaczej. Od zawsze odstawał od
innych, czuł się ograniczony, może w pewnym sensie lepszy, tylko dlatego, że w
jego głowie odkąd pamiętał, rodziły się ponadprzeciętne i nietuzinkowe
marzenia. Chciał zabłysnąć w złotym świetle, uśmiechnąć się i pokazać środkowy
palec tym, którzy w niego nie wierzyli. Pragnął, żeby coś uderzyło go z taką
siłą, jak robi to piorun podczas burzy trafiając w drzewo, by pojawiło się to
„coś”, coś niesamowitego, nieokrzesanego, pełnego zapału i wigoru.
O ile nie będzie to
twarda, śnieżna kula, która właśnie trafiła go prosto w tył głowy.
- Kise, do cholery!
Zamrugał zdziwiony i okrył
swoje włosy dłońmi, chyba bardziej w odruchu niż z bólu, ponieważ nadal był
zbyt zaskoczony tym wszystkim. Syknął tylko niezadowolony, a gdy już się
odwrócił w stronę, z której sekundę temu przyleciała jego oprawczyni, na
skwaszoną jak dotąd twarz wypłynął szeroki uśmiech. Kilka metrów z tyłu
zauważył osobę, której przez ten rok nie odstępował na krok, nawet jeśli
różnica w wieku między nimi wynosi aż dwa lata, i nawet jeśli w obecnej chwili
jej jedynym priorytetem w życiu był wybór swojej uczelni.
- Kasamatsu-senpai! –
niczym wierny pies, Ryōta podbiegł do niższego chłopaka i zrównał z nim kroku,
wpatrując się z wielkimi oczami, które aż błyszczały od szczęścia.
Tak, jakby teraz,
całe jego zamartwianie się przyszłością, poszło kompletnie w odstawkę.
- Ileż można cię
wołać, Kise – Yukio zwęził swoje ciemne brwi i poprawił czapkę, prychając pod
nosem. – Sława chyba już kompletnie uderzyła ci do głowy.
- Przepraszam, senpai
– jasnowłosy podrapał się zakłopotany po tyle głowy i uśmiechnął się przepraszająco
– „Z większą siłą zrobiła to rzucona przez ciebie śnieżka” – pomyślał jeszcze i
wywrócił oczami. – Dokąd teraz idziesz, senpai?
Starszy chwilę
milczał, zastanawiając się dłuższą chwilę nad czymś, i na pewno nie była to
odpowiedź na pytanie Kise. Rozbudził się ze swojego zamyślenia dopiero w
momencie, kiedy melodyjny i może nieco irytujący głos jasnowłosego (który
oczywiście jak zwykle domagał się uwagi), sprawił, że Kasamatsu się skrzywił.
Spojrzał na niego spode łba i wyciągając rękę z kieszeni, uderzył chłopaka w
ramię.
- Prawo – jasnowłosy
na te słowa uniósł jedynie brwi.
- Ale senpai –
wskazał chłopakowi na chodnik, gdzie nie było jak na razie żadnego skrętu i
uśmiechnął się lekko. – Pytałem, czy idziesz do domu. Wybrałeś już jakąś uczelnię?
Kasamatsu słysząc
jaką gafę popełnił, tylko się zmieszał i zaczerwieniony na twarzy, odwrócił
wzrok, zakrywając usta dłonią. Burknął coś niezrozumiałego pod nosem i
odepchnął od siebie cieszącego się Kise, niewidzialną packą w dłoni niczym
muchę. Blondyn jednak nie odpuścił i poprawiwszy dłonią swoje wilgotne włosy,
wbił w drugiego przekonujące spojrzenie, by jednak ten znów zaczął mówić.
- Ta – mruknął,
chowając dłonie do kieszeni kurtki. – Uniwersytet Keiō.
Jakby nie patrzeć,
Ryōta się tego spodziewał. Yukio zawsze mierzył dość wysoko, poza tym był
bardzo inteligentny i pracowity. Wspominając nawet okres przygotowań do
Mistrzostw Zimowych, starszy nigdy się nie ociągał. Ćwiczył ze swoją drużyną,
ile dał radę, bardzo często zostawał też sam na hali i próbował stać się
silniejszy. Kise wydawało się, jakby chłopak chciał sprowadzić cały świat na
swoje barki i wszystkich uratować, a w tym na dodatek jeszcze przeciążając
siebie. Dlatego też nie zaskoczył go fakt, że wybrał tę uczelnię. To najstarsza
szkoła wyższa w Japonii i jedna z najbardziej prestiżowych, jakby nie patrzeć.
Została założona w 1858 roku w prowincji Minato przez Yukichiego Fukuzawę, i
stworzono w niej dziesięć wydziałów, a w tym właśnie jednym z nich jest prawo. Zakrył
usta dłonią od ukazania starszemu swojego rozbawienia, ponieważ wiedział, że
zaraz znów oberwałby przez łeb i nie byłaby to kulka śnieżna. Ale po prostu,
widok Kasamatsu w todze prawniczej to byłoby coś naprawdę niesamowitego.
- Pasujesz mi na
adwokata, senpai – rzucił na rozluźnienie i spojrzał przed siebie, jeszcze
tylko kawałek i dojdą do jego domu.
- Hej, Kise – po
chwili ciszy, odezwał się Yukio – Już niedługo egzaminy końcowe.
Cóż za cudowna zmiana
tematu.
- Wiem – tamten
jednak wzruszył obojętnie ramionami, nie chciał mówić starszemu, że wcale nie
miał ochoty zdawać do następnej klasy.
Wizja zostawania z
tymi wszystkimi ludźmi prawie 24/7, bez jego senpai’a na treningach koszykówki
niesamowicie go przytłaczała. Byłby teraz po prostu zwykłym drugoklasistą,
który gra w koszykówkę i uczy się, by po prostu zdać do następnej klasy,
jednak, mimo wszystko, nie chciał tego. Nie chciał grać i trenować, bez jedynej
osoby, dzięki której zaszedł tak daleko.
- Zacząłeś się już
uczyć? – nalegał Kasamatsu, kiedy z drugiej strony słyszał ciszę.
To nie tak, że się o
niego martwił, czy o to, że nie zda, bądź odwrotnie, był człowiekiem z zasadami
i zwyczajnie uważał, że żeby coś osiągnąć, do wykonania tego potrzebna jest po
prostu ciężka praca.
- Tak – gdy usłyszał
odpowiedź, pokiwał jedynie porozumiewawczo głową, aczkolwiek i tak znał prawdę.
– Myślę, że sobie poradzę.
Czarnowłosy uniósł
lekko kącik ust w uśmiechu.
- Wierzę w ciebie – i
wierzył od zawsze, chociaż nigdy nie powiedziałby o tym głośno.
♞
Marzec, być może dla
wielu ludzi nie należał do najlepszej pory roku zważywszy na dwa główne
aspekty:
a)
Nigdy
nie wiadomo, co cię spotka, czy to wielkie mordobicie śnieżne, czy może jednak
już piękna i słoneczna pogoda na przełomie pierwszego tygodnia, poprzez którą
wzywasz wszystkie możliwe bóstwa, bo jest ci za gorąco w pięciu swetrach i
trzech szalikach
b)
Zaczynasz
zdawać sobie sprawę z tego, że twoje życie jako ucznia liceum wisi na włosku, i
przez jeden ruch skazujesz się na śmierć poprzez zbliżające się egzaminy
końcowe.
Jednak, zważywszy na to, że każdy
człowiek na świecie musi uporać się z własnymi problemami, zdanie zwykłych
egzaminów końcowych z równie zwykłych przedmiotów, wcale nie powinno być takie
trudne jak mówią. Tak przynajmniej sądził Kise, ale jego zapał i wszelakie
chęci do przeglądania stronic książki z historii malały z każdą kolejną chwilą,
kiedy patrzył na te wszystkie daty, cesarzy, wojny, ustroje i związki, w jakie
Kraj Kwitnącej Wiśni wdawał się na przełomie tych wielu, historycznych lat. Niestety,
nie pomagało również kakao, którego ciepły kubek trzymał w dłoni i podobnie
przyjemny koc, którym się nakrył. Poziom chęci do nauki chłopaka malał z każdą
kolejną sekundą, a tekst prawie że rozmazywał mu się przed oczami, jednak wciąż
starał się sobie wmówić, że da sobie radę. Tak, starał się, chociaż w jego
głowie krążyły teraz inne myśli, przez które kompletnie nie mógł się skupić.
Tak bardzo chciałby robić w życiu co innego, coś, co chodzi za nim jak cień
odkąd pamięta, jednak przytłoczenie egzaminami i stwierdzeniem, że „przecież
studia są ważniejsze”, wciąż spychało jego syzyfowy kamień na dół, gdy myślami
krążył już dokoła swojego marzenia.
Dlatego też, w pewnym momencie po
prostu przestał się tym przejmować, odstawił kubek z kakao na szafkę obok łóżka
i zwyczajnie zasnął z książką na twarzy. Co oznaczało, że gdyby nie budzik,
który zaczął dobijać się do jego życia ulubioną piosenką, nie wstałby. Chociaż
sądząc po tym, że owa piosenka została melodią budzika, prawdopodobnie by nigdy
nie ruszyłby zwłok z wygodnego i miękkiego łóżka, jedynie nienawidził nienawiścią
szczerą swój ulubiony utwór muzyczny. Jednakże, po zrobieniu sobie kawy, ubrał
się bardziej elegancko i pożegnał całusem z mamą, wychodząc z domu i w
pośpiechu zapinając kurtkę. Zimową oczywiście. I jego zdziwienie, że na
zewnątrz temperatura spadła jedynie o pięć stopni poniżej zera było
niesamowitym szokiem.
W szkole pojawił się dziesięć minut
przed czasem egzaminu, a w środku czuł, jakby wszystko się w nim kotłowało. Przyszedł
do niego lekki niepokój, którego nie mógł powstrzymać, jednakże widząc swoich
kolegów z klasy, odetchnął z ulgą i uśmiechnął się. W końcu postawił wszystko
na jedną kartę, jak robił zresztą zazwyczaj, więc teraz będzie musiał jedynie
zaufać swojemu szczęściu i temu, co dała mu książka od historii, z którą spał w
najlepsze. Nie musiał czekać długo, aż wielkie wrota tłumiące w środku jego
przyszłość otworzyły się, a on sam
wszedł do środka, mając wrażenie, jakby wnętrznościom jego brzucha zachciało
się tańczyć poloneza, prawie jak na polskim balu maturalnym.
- Gorzej już być nie może –
wymamrotał pod nosem i zajął swoją ławkę, chowając głowę w między swoje łokcie,
przez co można by go porównać do strusia wciskającego głowę w piasek.
Czas egzaminu zaś zdawał mu się
uciekać w taki sam sposób, jak piasek na plaży przesypuje się przez palce.
Niestety, według Kise, nawet ściskanie długopisu w tej beznadziejnej sytuacji już
nie pomoże, a przecież to dopiero początek. Wziął więc głęboki oddech i
uśmiechnął się do siebie w specyficzny, sarkastyczny i pełen pewnego rodzaju
siły sposób. Nie mógł powiedzieć sobie, że nie zrobił kompletnie nic, by się
znaleźć w tym właśnie miejscu, w tej właśnie chwili. Chociażby dlatego, że samo
dołączenie w tym roku do Kaijō było krokiem w przyszłość. Jednakże to, jak on
sam ją wykorzysta, czy postara się brnąć w przód drogą prostszą, czy ją sobie
zwyczajnie utrudni, to już należy tylko i wyłącznie do niego samego. A on
stwierdził już dawno temu, że nigdy się nie poddaje.
Wraz z dzwonkiem, który oznajmił
koniec egzaminów dla wszystkich uczniów mających je dzisiejszego dnia, Ryōta
zebrał wszystko, co należało do niego, i z podniesioną głową opuścił
pomieszczenie strefy piekielnej. Niemalże od razu do jego uszu doszły rozmowy
jego kolegów z klasy na temat całego testu na zasadzie porównywania odpowiedzi.
Kise po prawdzie, jednym uchem wpuszczał to, co mówili, zaś przez drugie te
informacja wylatywała w siną dal.
„To na pewno był Kamuyamato
Iwarehiko no Mikoto”, a w tym momencie Ryōta zdał sobie sprawę, że zaznaczył
już w pierwszym pytaniu kompletnie co innego i jego pewność siebie zaczęła
powoli osiągać poziom poniżej zera. Westchnął ciężko i poklepał się dłońmi po
policzkach, będzie co ma być, to dopiero pierwszy egzamin, jeszcze cała masa
przed nim. Obrócił się tylko lekko w bok, by na nowo spojrzeć na swoich kolegów
z klasy i zaraz udał się korytarzem w stronę wyjścia ze szkoły, aczkolwiek
przeszkodziło mu w tym nagłe pojawienie się jego ulubionego senpaia, który
również właśnie wyłonił się z bram piekielnych jednej z sal.
- Senpai – uradowany podbiegł do niego,
mocno obejmując dłonią jego nadgarstek i zmuszając tym samym do zatrzymania się
na sekundę. – Jak ci poszło?
Ciemnowłosy wpierw się lekko
zdziwił widokiem młodszego kolegi, ale na jego odpowiedź wzruszył ramionami i
lekkim ruchem pociągnął go w stronę wyjścia ze szkoły.
- Myślę, że dobrze, było całkiem
łatwe, tak z dziewięćdziesiąt procent może uzyskam – powiedział, na co
wnętrzności Kise skręciły się w kokardkę, a jego pewność siebie znacznie
spadła. – A tobie, Kise?
Blondyn w odpowiedzi pokiwał jedynie
głową i opuścił wzrok na swoje buty, zaciskając pięść. Złapał głęboki wdech,
wprowadzając Kasamatsu w zaskoczenie, ale jego dziwne zachowanie nie trwało
długo. Uśmiechnął się do niego z lekkim żalem i wyciągnął rękę, klepiąc
starszego w ramię.
- Powodzenia, senpai – i tuż po tym
zawrócił, chcąc w samotności wrócić do domu.
Nawet jeśli czuł się źle z tym, że
zachował się w taki a nie inny sposób, wiedział, że w jakiś sposób będzie
musiał zapłacić za swoje błędy, które staną mu na drodze, o ile coś takiego
będzie miało miejsce. Obrócił jeszcze delikatnie głowę w bok, kiedy odchodził,
ale gdy nie dostrzegł w docelowym miejscu starszego, a jedynie jego oddalającą
się sylwetkę, uścisk w okolicy klatki piersiowej tylko zwiększył się. Zwrócił
swój krok w stronę domu i zagryzł wargę, nie zwracając uwagę na jedną, ważną
rzecz. Mianowicie fakt, że Yukio obrócił się w jego stronę tuż po tym, kiedy
Kise odpuścił. Jego wzrok wydawał się być przybity, lekka niepewność malowała
się w oczach kapitana jego drużyny koszykarskiej, a zaś w duszy chłopak
kumulował pewnego rodzaju współczucie i żal. Lecz nie był to żal do samego
Ryōty, a do tego, że on też mógł zrobić coś, by temu chłopakowi pomóc, a się
nie pofatygował. Westchnął ciężko i przetarł dłońmi zmęczoną twarz, dopiero
teraz zdał sobie sprawę, że samym gadaniem Kise nie pomógł, a w końcu przecież
nie tak powinien zachowywać się kapitan.
Od:
Momoicchi
„Ki-chan,
na końcu następnego tygodnia jest ostatni egzamin dla wszystkich szkół w Tokio.
Chciałbyś wpaść na ognisko? Robimy je w u Dai-chana, fajnie byłoby znów spotkać
się tak jak za czasów gimnazjum! (๑・ω-)~♥”
♞
Minięcie tygodni egzaminów
końcowych dla tokijskich uczniów szkół średnich było jak prześcignięcie
prędkości dźwięku. Nikt nie spodziewał się, że koniec nadejdzie tak szybko. Co
najlepsze w tym wszystkim, zima również minęła jak w pysk strzelił, a wszystko
dokoła powoli się zazieleniało. Na drzewach pojawiały się pierwsze zielone
liście, które już nie wystraszyły się potwornego zimna okalającego twarze, róż
płatków kwiatów wiśni przyozdabiał ciężkie gałęzie, wprawiając wszystkich w
przyjemny, wiosenny nastrój. Ładna, słoneczna pogoda, budziła leniwce ze swych
nor, którzy po egzaminach popadali jak muchy, chcąc odpocząć po zarwanych,
egzaminowych nocach, a zaś większość z nich wyściubiała swoje nosy na zewnątrz
tylko dlatego, że wiosna, to najlepszy czas na ujawienie się zakochanych par, a
po drugie, dobry moment, by spalić tłuszcze wtopione w skórę na spacerach.
- Aomine-kun! – niska dziewczyna o
różowych włosach, pociągnęła z całej siły idącego obok niej chłopaka, wyższego
od niej o ponad trzydzieści centymetrów – Jeśli się nie pospieszysz, nie
zrobimy tego na czas.
- Satsuki, nie przesadzaj. Mój
ojciec już się wszystkim zajął – ten w odpowiedzi jedynie ziewnął zmęczony i
mocniej ścisnął dłoń na torbach pełnych jedzenia. – Jesteś zbyt
przewrażliwiona.
Gdy skręcili w uliczkę prowadzącą
do jego domu, Momoi przystanęła i zwęziła brwi, świdrując Daikiego wzrokiem. On
zaś w pierwszym momencie się jej przestraszył, bo na twarzy malowała się mu
niepewność, ale zaraz przyszło mu coś bardzo ważnego do głowy. Podrapał się
lekko po swoich krótkich, granatowych włosach i skrzywił się.
- Pisałaś do Kise?
- Już dawno temu, ale nie odpisał –
odparła z westchnięciem.
Daiki odstawił na chwilę zakupy na
ziemię i pokazał dziewczynie gestem ręki, że ma na razie nic nie mówić. Po
wyciągnięciu z kieszeni spodni telefonu, czym prędzej wybrał właściwy numer,
aczkolwiek fakt, że musiał on czekać już ponad pięć sygnałów, trochę go
irytował. W końcu za siódmym połączenie załapało i odezwał się po drugiej
stronie zaspany głos.
- Jesteś debilem, Aominecchi –
słychać w nim było nawet, mówiąc mniej dosadnie, okropną irytację – Po cholerę
do mnie dzwonisz?!
- Kise, ty baranie – Daiki
przytknął dłoń do swojego czoła i skrzywił się po raz kolejny dnia
dzisiejszego, powstrzymując się od rozwalenia czegoś, oczywiście czystym
przypadkiem. – Dostałeś wiadomość od Satsuki?
Gdy po drugiej stronie słuchawki,
Aomine dostał jedynie głuchą ciszę, westchnął ciężko i dosłownie powstrzymał
się, by nie nazwać Kise czymś tysiąc razy gorszym, niż ten potencjalny „baran”.
Jak się jednak okazało, wcale nie musiał tego robić, ponieważ Momoi, nie
czekając ani minuty dłużej, zabrała chłopakowi telefon i westchnęła cicho.
- Ki-chan, za godzinę jest u
Dai-chana ognisko, przyjdziesz, prawda? – starała się brzmieć dwieście razy
milej niż Aomine, co chyba podziałało.
Ryōta zastanowił się chwilę nad
wszelkimi sposobami, by uniknąć konfrontacji z kimkolwiek przez najbliższy
tydzień, ale i tak wiedział, że to zupełnie niemożliwe. Dlatego przez moment mamrotał
jeszcze coś pod nosem i wyszedł spod kołdry, kierując się do łazienki. Podpytał
jeszcze, o której to wszystko się zaczyna, i gdy już miał się rozłączać, Momoi
chyba zwiększyła prawdopodobieństwo jego przyjścia tam.
- Będzie tam też Kasamatsu. To
chyba twój kolega, prawda?
Kise przeklął głośno pod nosem, i
nie mówiąc nic więcej rozłączył się, odłożył komórkę na pralkę i westchnął.
Potrzebny mu będzie gorący prysznic przed wyjściem.
Powoli zmierzchające się słońce
zapowiadało, że przy domie Aomine od dłużej chwili trwała wspomniana niedawno
impreza. Tlący się płomień ognia wyskakiwał w górę, chcąc sięgnąć nieba i
jednocześnie otulał swoim żarem towarzyszące mu grube gałęzie ściętych drzew.
Nad ogniskiem zaś powbijane na zabójcze, cieńsze paliki smażyły się smakowite
kiełbaski, którym towarzyszyły również pianki, w akompaniamencie śmiechów grupy
zebranej dokoła niego. Wszyscy za wyjątkiem jednej, najwyżej pośród nich
persony ogrzewali się siedząc dokoła ciepła, zaś on sam – chłopak z wyjątkowo
zmęczonym wyrazem twarzy, na którą opadały średniej długości fioletowe włosy, stał
przy znajdującym się niedaleko, wmurowanym w ścianę domu grillu i pilnował
piekącego się mięska, chleba oraz warzyw, o które poprosiła Satsuki. Jednym
uchem słuchał, co jego koledzy mieli do powiedzenia, zaś drugim to wypuszczał.
Jednym okiem zerkał w ich stronę, czy aby przypadkiem, ktoś nie zrównuje z nim
kontaktu wzrokowego, a drugie kierował na pilnowane przez siebie jedzenie,
pożerając je. Dopóki nikt tego nie zauważył, Murasakibara mógł się cieszyć, że
zjadł jako pierwszy, ale owa passa nie trwała jakoś specjalnie długo. Siedzący
najbliżej niego Shintarō, niby udawał, że nic go nie interesuje i tylko co i
raz poprawiał swoje okulary na nosie, ale jednocześnie dokładnie wszystko i
wszystkich obserwował. Wiedział, kto i ile zjadł o jakiej porze, kim była
ostatnia osoba, która wyciągnęła ostatnią piankę z torebki oraz ile węgla
zostało w grzecznie stojącej torbie przy drzwiach wejściowych do domu. Nie było
to specjalnie trudne, zważywszy na to, że wszyscy zajęli się żywą rozmową.
Jednakże ową szczęśliwą rozmowę,
przerwał nagły odgłos podobny do szurania. Midorima miał już po dziurki w nosie
oglądania tego, jak „nie” zachowuje się Atsushi, dlatego wstał, skupiając uwagę
wszystkich na sobie. Obrócił twarz w stronę najwyższego chłopaka i zwęził
groźnie brwi.
- Widzę co robisz, przestań
podjadać – wycedził przez zęby spokojnym głosem, jednak na nic się to nie
zdało.
- Skąd wiesz, że to robię? –
Murasakibara wydawał się kompletnie niewzruszony słowami okularnika i jedynie
posłał mu pełne pogardy spojrzenie.
- Przecież widzę, że zjadłeś
grillującego się kurczaka – burknął, będąc pewny swojego punktu widzenia. Jego
nikt nie mógł oszukać, a tym bardziej intelekt jego kolegi, który nie stanowił
w mózgu nawet połowy jego wzrostu. – Nie kłam, Murasakibara.
- Ale ja nie kłamię, Mido-chin –
odparł obojętnie i nałożył na tackę gotowe mięsko, zapełniając grill kolejnym –
Ktoś jest głodny?
Midorima zwęził brwi i wstał. Podszedł
do swojego dwumetrowego kolegi, jednak ten nawet nie zareagował. Spojrzał tylko
na niego kątem oka, dalej nakładając jedzenie na ruszt. Zignorował
zielonowłosego, jakby ten był tylko powietrzem.
- Nie ignoruj mnie, Murasakibara! –
warknął zirytowany Shintarō i lekko pchnął drugiego.
Niestety, było to osobliwie złe
zagranie, ponieważ, zbyt nagła chęć ukazania swojej przewagi nad wzrostem
Atsushiego, była nie na miejscu. Fioletowowłosy odłożył szczypce do grilla na
wolną przestrzeń obok i wyciągnął dłoń w stronę Midorimy, marszcząc przy tym
czoło, przez co jego brwi wyglądały złowrogo.
- Zgniotę cię, Mido-chin.
Całej tej sytuacji z boku
przyglądał się Seijūrō, zajęty rozmową z ewidentnie znudzonym Kasamatsu, który
odkąd się tutaj znalazł jakiś czas temu, nadal zastanawiał się, czy na pewno
był to dobry pomysł. Zdawało mu się jakby kompletnie nie pasował do Pokolenia
Cudów, jednakże rozmowa z ich byłym kapitanem wydawała się ciekawsza, niż
siedzenie w domu. Nawet jeśli i tak będzie musiał skończyć z koszykówką tuż po
tym, jak pójdzie na studia. Westchnął ciężko i przyciągnął do siebie kijek,
który trzymał w dłoni, by zjeść gotową już piankę, acz w tym samym momencie
doszedł do niego fakt, iż Akashi wstał i utkwił swój wzrok w kłócącej się
dwójce. Dochodziło już między nimi do rękoczynów, lecz nikt nie zareagował
wcześniej, dopóki Seijūrō nie wstał i nie obciął ich swoim przeszywającym na
wskroś wzrokiem.
- Przestańcie! – jednak zanim
odezwał się czerwonowłosy, Satsuki niespodziewanie się podniosła i głośno
krzyknęła, robiąc przy tym dużo szumu.
Wszyscy, w tym nawet kłócący się
zamilkli, a Aomine, widząc jak bardzo zirytowana jest Momoi, przyciągnął ją do
siebie i krzywiąc się, posłał mordercze spojrzenie do Murasakibary. Ten się
lekko zmieszał, spuścił swój wielki, ale głupi łeb, a widząc przed sobą
mniejszego o prawie czterdzieści centymetrów Akashiego, zagryzł wargę. Midorima
odsunął się nieznacznie, próbując zniknąć z pola walki, jednak nie udało mu się
to.
- Jesteście gorsi niż dzieci –
powiedział z westchnięciem Seijūrō i rozłożył z politowaniem ręce.
- Przepraszam, Aka-chin –
Murasakibara najwidoczniej od razu okazał skruchę, zważywszy na to, że do
swojego byłego kapitana zawsze czuł respekt i słuchał tylko i wyłącznie jego
rozkazów.
Akashi uśmiechnął się tylko lekko i
zmusił wielkoluda do spuszczenia głowy. Wszyscy w ciszy przyglądali się tej
scenie, jakby bojąc się o życie winnego, ale nie zaszła taka potrzeba. Seijūrō
jedynie pogłaskał chłopaka po włosach i odszedł bez słowa, zostawiając
wszystkich z grobowymi minami. Sam Murasakibara był zaskoczony, ale uśmiechnął
się zaraz lekko i wrócił do swojej pracy, odprowadzając mniejszego wzrokiem do
ogniska. Nawet Midorima w ciszy usiadł na miejsce i spuścił wzrok na swoje
buty, zagryzając wargę. Nikt by się nie spodziewał, że Akashi miał na nich taki
idealny wpływ. Nawet Kuroko, który jak dotąd siedział cicho, wpatrywał się w
nich w zaskoczeniu.
- A właśnie, Atsushi – podjął
czerwonowłosy, gdy rozsiał się wygodniej – W twojej drużynie był taki chłopak,
z którym często cię widziałem, czemu go nie przyprowadziłeś?
Atsushi podszedł do ogniska i
położył na stoliku niedaleko kolejną tackę z jedzeniem, unosząc brew.
- Muro-chin? – stanął nad Akashim i
podrapał się po głowie – Jak tylko napisał egzaminy, wyjechał do Stanów. Mówił,
że tam chce się dalej uczyć.
- W Ameryce?! – Momoi aż
podskoczyła z wrażenia, wpatrując się w najwyższego – Ale świetnie!
- Kagami-kun – nagle ni stąd ni
zowąd do rozmowy dołączył się Kuroko, aż wszyscy zwrócili na niego wzrok, bo
ton jego głosu wydawał się brzmieć na przygaszony – Też wyjechał.
Aomine parsknął śmiechem i skrzywił
się, nie spodziewał się tego. Od zawsze myślał, że był z Taigą blisko, a tu
proszę, taka niespodzianka. Powstrzymał się od powiedzenia słów, że „światło
cię już zostawiło, a cień bez niego istnieć nie może” i jedynie oparł brodę na
dłoniach złożonych w pięści i spojrzał w zamyśleniu w tańczące płomienie ognia
. Atmosfera trochę przygasła, ale
nie na długo, ponieważ Shintarō, który wciąż czuł się winny kłótni, zaraz
zmienił temat.
- Jak wam poszły egzaminy końcowe,
co?
- Cześć, przepraszam za spóźnienie!
– w oddali można było także usłyszeć głos Kise, który właśnie zamykał drzwiczki
od bramy i biegł w ich stronę.
Zdyszany podbiegł do ogniska, a
widząc jak Kuroko zrobił mu miejsce między sobą a Kasamatsu, jasnowłosy
podbiegł i najpierw pogłaskał Tetsuyę po głowie, mówiąc jak bardzo za nim
tęsknił, ale nie spotkał się z entuzjazmem. Dlatego wymamrotał coś pod nosem
obrażony i, jako swoją drugą ofiarę, wybrał sobie Kasamatsu. Jednak z jego strony
wyszło o wiele gorzej. Oprócz krzyków i rzucania się Yukio, Kise za krótki
moment oberwał przez łeb, jęcząc obrażony, że nikt się nie cieszy z jego
przybycia i go nie lubi.
- Debil jesteś, Kise – Aomine
wyśmiał go z zadowoleniem, powodując iż Ryōta napuszył się jak paw - Nie
zgubiłeś mózgu po drodze?
- Ja przynajmniej miałem go od
urodzenia – odparł jasnowłosy lekko się krzywiąc i biorąc jedzenie, które podał
mu na papierowym talerzyku Murasakibara – Co mnie ominęło?
- Rozmawialiśmy o naszych wynikach
z egzaminu – Satsuki aż wstała z szerokim uśmiechem i poprawiła włosy – Średnia
moich egzaminów to prawie dziewięćdziesiąt procent!
- Ja zaliczyłem historię i język
japoński na maksimum – Akashi uśmiechnął się triumfalnie, unosząc dumnie głowę
do góry.
- Gdybym dostał jeden punkt mniej z
historii, nie zdałbym, haha! – Aomine parsknął śmiechem, ale tym samym to on
teraz oberwał przez łeb od Satsuki. – No za co?!
Wszyscy wesoło śmiali się
rozmawiając o swoich wynikach, jedynie Ryōta siedział w ciszy i tylko ich
obserwował, uśmiechając się co i raz, kiedy ktoś zwrócił na niego uwagę. W
momencie, w którym z ust jego senpaia dostał to pytanie, chłopak poczuł jakby
serce skręciło mu się w piersi. Kasamatsu, by dodać mu otuchy położył dłoń na
jego ramieniu i posłał w jego stronę pełny wsparcia uśmiech. Jak się okazało,
oczywiście każdy to zauważył, wpatrując się w jasnowłosego wyczekująco, ale nie
musieli długo czekać. Ryōta spuścił głowę i zagryzł wargę, by zaraz spojrzeć ze
łzami w oczach na Kasamatsu, jakby nikogo więcej tam nie było, a świat
zatrzymał się w jednym miejscu.
- Nie zaliczyłem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz