wtorek, 20 września 2016

Tysiąc Łez Anioła | Rozdział I


"Wierzyłem w ciebie"


            Żurawie do celu zawsze lecą kluczem. Niektóre zwierzęta znajdują swojego partnera raz na całe życie. Pszczoły pracują dla królowej do śmierci. Każde z nich odkąd pojawiło się na świecie miało jakiś cel. Jednak, co jeśli ten cel w pewnym momencie straci na swojej wartości, bo zabraknie sił na staranie się, by dociągnąć coś do końca? Ludzie powiadają, że wystarczy jedynie wiara w lepsze jutro, oraz postawienie sobie za cel tego, żeby się samodoskonalić i nie pozwolić marzeniom rozwiać się w pyle przegranej i wątpliwości. 
Powiadają, ale rzeczywistość i tak bywa bardziej brutalna, aniżeli można by się spodziewać. 
(…)
Jasne włosy, których nieco przydługa grzywka niesfornie opadała na oczy w kolorze słodkiego karmelu, powiewały pośród mroźnego, zimowego powietrza, łapiąc na siebie białe, puchowe płatki, przez co mokły i robiły się nie do zniesienia. Poirytowana mimika z nadzwyczaj zwężonymi brwiami dodawała przystojnej twarzy nieco szpetności, ale i w pewnym sensie czegoś w rodzaju pewności siebie. Szybki krok odbijał się głucho między chodnikiem, a schodami prowadzącymi do opuszczonego przez chłopaka chwilę temu budynku. Budynku, który w naszym, potocznym języku nazywa się szkołą, a będąc już bardziej dokładnym i upartym – szkołą średnią stopnia wyższego, liceum Kaijō. Ruszył w tempie szybkim do głównej bramy, za której kratami chciał zyskać trochę wolności, ale nie było mu to dane.
- Kise-kun! – sparaliżowany tylko odwrócił lekko głowę w stronę dochodzącego dźwięku i poczuł, jakby wielki kamień go przygniótł.
Tuż za nim, jak zwykle zresztą, czekała grupka jego fanek, składających się w większości z dziewczyn ze starszej klasy. Zważywszy na to, że on sam był dopiero w pierwszej klasie. Westchnął ciężko i zbył je jednym ze swoich najpiękniejszych uśmiechów, niczym na początkującego modela przystało. Pomachał im jeszcze na pożegnanie, co sprawiło, że połowa miała wilgotne majtki i przeprosił.
- Muszę już iść. Powodzenia na egzaminach końcowych!
- Tobie też, Kise-kun! Wiem, że na pewno ci dobrze pójdzie! – skrzywił się i skręcił w prawo, chowając się za ceglanym murem w kolorze ciemnej czerwieni.
Jasne, na pewno.
Pewnie uwierzyłby w to, dopiero wtedy, jeśli również udałoby mu się wygrać Mistrzostwa Zimowe, ale teraz obawiał się jedynie, że porażka jedna za drugą, będą się ciągnąć za nim w nieskończoność. A poza tym, nienawidził się uczyć. Dziwił się dlatego, jakim cudem dostał się teraz tutaj, gdzie właśnie skończył swoją pierwszą klasę. Szczęście, czy fart? Albo lepiej: dlaczego bez szwanku udało mu się wyjść z Teikō? Przetarł dłońmi swoją twarz, zmęczony wzrok wbijając w rażący po oczach śnieg. W jego głowie kłębiło się też stado różnorakich myśli na temat przyszłości, która z jednej strony zapowiadała się obiecująco, ale zaś z drugiej strony… Nie. Nie mógł teraz odpuścić sobie tego o czym marzył od tak dawna, nie mógł pozwolić na to, by wszystkie marzenia prysły niczym bańka mydlana tylko dlatego, że społeczeństwo chciało inaczej. Od zawsze odstawał od innych, czuł się ograniczony, może w pewnym sensie lepszy, tylko dlatego, że w jego głowie odkąd pamiętał, rodziły się ponadprzeciętne i nietuzinkowe marzenia. Chciał zabłysnąć w złotym świetle, uśmiechnąć się i pokazać środkowy palec tym, którzy w niego nie wierzyli. Pragnął, żeby coś uderzyło go z taką siłą, jak robi to piorun podczas burzy trafiając w drzewo, by pojawiło się to „coś”, coś niesamowitego, nieokrzesanego, pełnego zapału i wigoru.
O ile nie będzie to twarda, śnieżna kula, która właśnie trafiła go prosto w tył głowy.
- Kise, do cholery! 
Zamrugał zdziwiony i okrył swoje włosy dłońmi, chyba bardziej w odruchu niż z bólu, ponieważ nadal był zbyt zaskoczony tym wszystkim. Syknął tylko niezadowolony, a gdy już się odwrócił w stronę, z której sekundę temu przyleciała jego oprawczyni, na skwaszoną jak dotąd twarz wypłynął szeroki uśmiech. Kilka metrów z tyłu zauważył osobę, której przez ten rok nie odstępował na krok, nawet jeśli różnica w wieku między nimi wynosi aż dwa lata, i nawet jeśli w obecnej chwili jej jedynym priorytetem w życiu był wybór swojej uczelni.
- Kasamatsu-senpai! – niczym wierny pies, Ryōta podbiegł do niższego chłopaka i zrównał z nim kroku, wpatrując się z wielkimi oczami, które aż błyszczały od szczęścia.
Tak, jakby teraz, całe jego zamartwianie się przyszłością, poszło kompletnie w odstawkę. 
- Ileż można cię wołać, Kise – Yukio zwęził swoje ciemne brwi i poprawił czapkę, prychając pod nosem. – Sława chyba już kompletnie uderzyła ci do głowy.
- Przepraszam, senpai – jasnowłosy podrapał się zakłopotany po tyle głowy i uśmiechnął się przepraszająco – „Z większą siłą zrobiła to rzucona przez ciebie śnieżka” – pomyślał jeszcze i wywrócił oczami. – Dokąd teraz idziesz, senpai?
Starszy chwilę milczał, zastanawiając się dłuższą chwilę nad czymś, i na pewno nie była to odpowiedź na pytanie Kise. Rozbudził się ze swojego zamyślenia dopiero w momencie, kiedy melodyjny i może nieco irytujący głos jasnowłosego (który oczywiście jak zwykle domagał się uwagi), sprawił, że Kasamatsu się skrzywił. Spojrzał na niego spode łba i wyciągając rękę z kieszeni, uderzył chłopaka w ramię.
- Prawo – jasnowłosy na te słowa uniósł jedynie brwi.
- Ale senpai – wskazał chłopakowi na chodnik, gdzie nie było jak na razie żadnego skrętu i uśmiechnął się lekko. – Pytałem, czy idziesz do domu. Wybrałeś już jakąś uczelnię?
Kasamatsu słysząc jaką gafę popełnił, tylko się zmieszał i zaczerwieniony na twarzy, odwrócił wzrok, zakrywając usta dłonią. Burknął coś niezrozumiałego pod nosem i odepchnął od siebie cieszącego się Kise, niewidzialną packą w dłoni niczym muchę. Blondyn jednak nie odpuścił i poprawiwszy dłonią swoje wilgotne włosy, wbił w drugiego przekonujące spojrzenie, by jednak ten znów zaczął mówić.
- Ta – mruknął, chowając dłonie do kieszeni kurtki. – Uniwersytet Keiō.
Jakby nie patrzeć, Ryōta się tego spodziewał. Yukio zawsze mierzył dość wysoko, poza tym był bardzo inteligentny i pracowity. Wspominając nawet okres przygotowań do Mistrzostw Zimowych, starszy nigdy się nie ociągał. Ćwiczył ze swoją drużyną, ile dał radę, bardzo często zostawał też sam na hali i próbował stać się silniejszy. Kise wydawało się, jakby chłopak chciał sprowadzić cały świat na swoje barki i wszystkich uratować, a w tym na dodatek jeszcze przeciążając siebie. Dlatego też nie zaskoczył go fakt, że wybrał tę uczelnię. To najstarsza szkoła wyższa w Japonii i jedna z najbardziej prestiżowych, jakby nie patrzeć. Została założona w 1858 roku w prowincji Minato przez Yukichiego Fukuzawę, i stworzono w niej dziesięć wydziałów, a w tym właśnie jednym z nich jest prawo. Zakrył usta dłonią od ukazania starszemu swojego rozbawienia, ponieważ wiedział, że zaraz znów oberwałby przez łeb i nie byłaby to kulka śnieżna. Ale po prostu, widok Kasamatsu w todze prawniczej to byłoby coś naprawdę niesamowitego.
- Pasujesz mi na adwokata, senpai – rzucił na rozluźnienie i spojrzał przed siebie, jeszcze tylko kawałek i dojdą do jego domu.
- Hej, Kise – po chwili ciszy, odezwał się Yukio – Już niedługo egzaminy końcowe.
Cóż za cudowna zmiana tematu.
- Wiem – tamten jednak wzruszył obojętnie ramionami, nie chciał mówić starszemu, że wcale nie miał ochoty zdawać do następnej klasy.
Wizja zostawania z tymi wszystkimi ludźmi prawie 24/7, bez jego senpai’a na treningach koszykówki niesamowicie go przytłaczała. Byłby teraz po prostu zwykłym drugoklasistą, który gra w koszykówkę i uczy się, by po prostu zdać do następnej klasy, jednak, mimo wszystko, nie chciał tego. Nie chciał grać i trenować, bez jedynej osoby, dzięki której zaszedł tak daleko.
- Zacząłeś się już uczyć? – nalegał Kasamatsu, kiedy z drugiej strony słyszał ciszę.
To nie tak, że się o niego martwił, czy o to, że nie zda, bądź odwrotnie, był człowiekiem z zasadami i zwyczajnie uważał, że żeby coś osiągnąć, do wykonania tego potrzebna jest po prostu ciężka praca.
- Tak – gdy usłyszał odpowiedź, pokiwał jedynie porozumiewawczo głową, aczkolwiek i tak znał prawdę. – Myślę, że sobie poradzę.
Czarnowłosy uniósł lekko kącik ust w uśmiechu.
- Wierzę w ciebie – i wierzył od zawsze, chociaż nigdy nie powiedziałby o tym głośno.


Marzec, być może dla wielu ludzi nie należał do najlepszej pory roku zważywszy na dwa główne aspekty:
a)     Nigdy nie wiadomo, co cię spotka, czy to wielkie mordobicie śnieżne, czy może jednak już piękna i słoneczna pogoda na przełomie pierwszego tygodnia, poprzez którą wzywasz wszystkie możliwe bóstwa, bo jest ci za gorąco w pięciu swetrach i trzech szalikach
b)     Zaczynasz zdawać sobie sprawę z tego, że twoje życie jako ucznia liceum wisi na włosku, i przez jeden ruch skazujesz się na śmierć poprzez zbliżające się egzaminy końcowe.
Jednak, zważywszy na to, że każdy człowiek na świecie musi uporać się z własnymi problemami, zdanie zwykłych egzaminów końcowych z równie zwykłych przedmiotów, wcale nie powinno być takie trudne jak mówią. Tak przynajmniej sądził Kise, ale jego zapał i wszelakie chęci do przeglądania stronic książki z historii malały z każdą kolejną chwilą, kiedy patrzył na te wszystkie daty, cesarzy, wojny, ustroje i związki, w jakie Kraj Kwitnącej Wiśni wdawał się na przełomie tych wielu, historycznych lat. Niestety, nie pomagało również kakao, którego ciepły kubek trzymał w dłoni i podobnie przyjemny koc, którym się nakrył. Poziom chęci do nauki chłopaka malał z każdą kolejną sekundą, a tekst prawie że rozmazywał mu się przed oczami, jednak wciąż starał się sobie wmówić, że da sobie radę. Tak, starał się, chociaż w jego głowie krążyły teraz inne myśli, przez które kompletnie nie mógł się skupić. Tak bardzo chciałby robić w życiu co innego, coś, co chodzi za nim jak cień odkąd pamięta, jednak przytłoczenie egzaminami i stwierdzeniem, że „przecież studia są ważniejsze”, wciąż spychało jego syzyfowy kamień na dół, gdy myślami krążył już dokoła swojego marzenia.
Dlatego też, w pewnym momencie po prostu przestał się tym przejmować, odstawił kubek z kakao na szafkę obok łóżka i zwyczajnie zasnął z książką na twarzy. Co oznaczało, że gdyby nie budzik, który zaczął dobijać się do jego życia ulubioną piosenką, nie wstałby. Chociaż sądząc po tym, że owa piosenka została melodią budzika, prawdopodobnie by nigdy nie ruszyłby zwłok z wygodnego i miękkiego łóżka, jedynie nienawidził nienawiścią szczerą swój ulubiony utwór muzyczny. Jednakże, po zrobieniu sobie kawy, ubrał się bardziej elegancko i pożegnał całusem z mamą, wychodząc z domu i w pośpiechu zapinając kurtkę. Zimową oczywiście. I jego zdziwienie, że na zewnątrz temperatura spadła jedynie o pięć stopni poniżej zera było niesamowitym szokiem.
W szkole pojawił się dziesięć minut przed czasem egzaminu, a w środku czuł, jakby wszystko się w nim kotłowało. Przyszedł do niego lekki niepokój, którego nie mógł powstrzymać, jednakże widząc swoich kolegów z klasy, odetchnął z ulgą i uśmiechnął się. W końcu postawił wszystko na jedną kartę, jak robił zresztą zazwyczaj, więc teraz będzie musiał jedynie zaufać swojemu szczęściu i temu, co dała mu książka od historii, z którą spał w najlepsze. Nie musiał czekać długo, aż wielkie wrota tłumiące w środku jego przyszłość otworzyły się,  a on sam wszedł do środka, mając wrażenie, jakby wnętrznościom jego brzucha zachciało się tańczyć poloneza, prawie jak na polskim balu maturalnym.
- Gorzej już być nie może – wymamrotał pod nosem i zajął swoją ławkę, chowając głowę w między swoje łokcie, przez co można by go porównać do strusia wciskającego głowę w piasek.
Czas egzaminu zaś zdawał mu się uciekać w taki sam sposób, jak piasek na plaży przesypuje się przez palce. Niestety, według Kise, nawet ściskanie długopisu w tej beznadziejnej sytuacji już nie pomoże, a przecież to dopiero początek. Wziął więc głęboki oddech i uśmiechnął się do siebie w specyficzny, sarkastyczny i pełen pewnego rodzaju siły sposób. Nie mógł powiedzieć sobie, że nie zrobił kompletnie nic, by się znaleźć w tym właśnie miejscu, w tej właśnie chwili. Chociażby dlatego, że samo dołączenie w tym roku do Kaijō było krokiem w przyszłość. Jednakże to, jak on sam ją wykorzysta, czy postara się brnąć w przód drogą prostszą, czy ją sobie zwyczajnie utrudni, to już należy tylko i wyłącznie do niego samego. A on stwierdził już dawno temu, że nigdy się nie poddaje.
Wraz z dzwonkiem, który oznajmił koniec egzaminów dla wszystkich uczniów mających je dzisiejszego dnia, Ryōta zebrał wszystko, co należało do niego, i z podniesioną głową opuścił pomieszczenie strefy piekielnej. Niemalże od razu do jego uszu doszły rozmowy jego kolegów z klasy na temat całego testu na zasadzie porównywania odpowiedzi. Kise po prawdzie, jednym uchem wpuszczał to, co mówili, zaś przez drugie te informacja wylatywała w siną dal.
„To na pewno był Kamuyamato Iwarehiko no Mikoto”, a w tym momencie Ryōta zdał sobie sprawę, że zaznaczył już w pierwszym pytaniu kompletnie co innego i jego pewność siebie zaczęła powoli osiągać poziom poniżej zera. Westchnął ciężko i poklepał się dłońmi po policzkach, będzie co ma być, to dopiero pierwszy egzamin, jeszcze cała masa przed nim. Obrócił się tylko lekko w bok, by na nowo spojrzeć na swoich kolegów z klasy i zaraz udał się korytarzem w stronę wyjścia ze szkoły, aczkolwiek przeszkodziło mu w tym nagłe pojawienie się jego ulubionego senpaia, który również właśnie wyłonił się z bram piekielnych jednej z sal.
- Senpai – uradowany podbiegł do niego, mocno obejmując dłonią jego nadgarstek i zmuszając tym samym do zatrzymania się na sekundę. – Jak ci poszło?
Ciemnowłosy wpierw się lekko zdziwił widokiem młodszego kolegi, ale na jego odpowiedź wzruszył ramionami i lekkim ruchem pociągnął go w stronę wyjścia ze szkoły.
- Myślę, że dobrze, było całkiem łatwe, tak z dziewięćdziesiąt procent może uzyskam – powiedział, na co wnętrzności Kise skręciły się w kokardkę, a jego pewność siebie znacznie spadła.  – A tobie, Kise?
Blondyn w odpowiedzi pokiwał jedynie głową i opuścił wzrok na swoje buty, zaciskając pięść. Złapał głęboki wdech, wprowadzając Kasamatsu w zaskoczenie, ale jego dziwne zachowanie nie trwało długo. Uśmiechnął się do niego z lekkim żalem i wyciągnął rękę, klepiąc starszego w ramię.
- Powodzenia, senpai – i tuż po tym zawrócił, chcąc w samotności wrócić do domu.
Nawet jeśli czuł się źle z tym, że zachował się w taki a nie inny sposób, wiedział, że w jakiś sposób będzie musiał zapłacić za swoje błędy, które staną mu na drodze, o ile coś takiego będzie miało miejsce. Obrócił jeszcze delikatnie głowę w bok, kiedy odchodził, ale gdy nie dostrzegł w docelowym miejscu starszego, a jedynie jego oddalającą się sylwetkę, uścisk w okolicy klatki piersiowej tylko zwiększył się. Zwrócił swój krok w stronę domu i zagryzł wargę, nie zwracając uwagę na jedną, ważną rzecz. Mianowicie fakt, że Yukio obrócił się w jego stronę tuż po tym, kiedy Kise odpuścił. Jego wzrok wydawał się być przybity, lekka niepewność malowała się w oczach kapitana jego drużyny koszykarskiej, a zaś w duszy chłopak kumulował pewnego rodzaju współczucie i żal. Lecz nie był to żal do samego Ryōty, a do tego, że on też mógł zrobić coś, by temu chłopakowi pomóc, a się nie pofatygował. Westchnął ciężko i przetarł dłońmi zmęczoną twarz, dopiero teraz zdał sobie sprawę, że samym gadaniem Kise nie pomógł, a w końcu przecież nie tak powinien zachowywać się kapitan.

Od: Momoicchi

„Ki-chan, na końcu następnego tygodnia jest ostatni egzamin dla wszystkich szkół w Tokio. Chciałbyś wpaść na ognisko? Robimy je w u Dai-chana, fajnie byłoby znów spotkać się tak jak za czasów gimnazjum! (ω-)♥”

Minięcie tygodni egzaminów końcowych dla tokijskich uczniów szkół średnich było jak prześcignięcie prędkości dźwięku. Nikt nie spodziewał się, że koniec nadejdzie tak szybko. Co najlepsze w tym wszystkim, zima również minęła jak w pysk strzelił, a wszystko dokoła powoli się zazieleniało. Na drzewach pojawiały się pierwsze zielone liście, które już nie wystraszyły się potwornego zimna okalającego twarze, róż płatków kwiatów wiśni przyozdabiał ciężkie gałęzie, wprawiając wszystkich w przyjemny, wiosenny nastrój. Ładna, słoneczna pogoda, budziła leniwce ze swych nor, którzy po egzaminach popadali jak muchy, chcąc odpocząć po zarwanych, egzaminowych nocach, a zaś większość z nich wyściubiała swoje nosy na zewnątrz tylko dlatego, że wiosna, to najlepszy czas na ujawienie się zakochanych par, a po drugie, dobry moment, by spalić tłuszcze wtopione w skórę na spacerach.
- Aomine-kun! – niska dziewczyna o różowych włosach, pociągnęła z całej siły idącego obok niej chłopaka, wyższego od niej o ponad trzydzieści centymetrów – Jeśli się nie pospieszysz, nie zrobimy tego na czas.
- Satsuki, nie przesadzaj. Mój ojciec już się wszystkim zajął – ten w odpowiedzi jedynie ziewnął zmęczony i mocniej ścisnął dłoń na torbach pełnych jedzenia. – Jesteś zbyt przewrażliwiona.
Gdy skręcili w uliczkę prowadzącą do jego domu, Momoi przystanęła i zwęziła brwi, świdrując Daikiego wzrokiem. On zaś w pierwszym momencie się jej przestraszył, bo na twarzy malowała się mu niepewność, ale zaraz przyszło mu coś bardzo ważnego do głowy. Podrapał się lekko po swoich krótkich, granatowych włosach i skrzywił się.
- Pisałaś do Kise?
- Już dawno temu, ale nie odpisał – odparła z westchnięciem.
Daiki odstawił na chwilę zakupy na ziemię i pokazał dziewczynie gestem ręki, że ma na razie nic nie mówić. Po wyciągnięciu z kieszeni spodni telefonu, czym prędzej wybrał właściwy numer, aczkolwiek fakt, że musiał on czekać już ponad pięć sygnałów, trochę go irytował. W końcu za siódmym połączenie załapało i odezwał się po drugiej stronie zaspany głos.
- Jesteś debilem, Aominecchi – słychać w nim było nawet, mówiąc mniej dosadnie, okropną irytację – Po cholerę do mnie dzwonisz?!
- Kise, ty baranie – Daiki przytknął dłoń do swojego czoła i skrzywił się po raz kolejny dnia dzisiejszego, powstrzymując się od rozwalenia czegoś, oczywiście czystym przypadkiem. – Dostałeś wiadomość od Satsuki?
Gdy po drugiej stronie słuchawki, Aomine dostał jedynie głuchą ciszę, westchnął ciężko i dosłownie powstrzymał się, by nie nazwać Kise czymś tysiąc razy gorszym, niż ten potencjalny „baran”. Jak się jednak okazało, wcale nie musiał tego robić, ponieważ Momoi, nie czekając ani minuty dłużej, zabrała chłopakowi telefon i westchnęła cicho.
- Ki-chan, za godzinę jest u Dai-chana ognisko, przyjdziesz, prawda? – starała się brzmieć dwieście razy milej niż Aomine, co chyba podziałało.
Ryōta zastanowił się chwilę nad wszelkimi sposobami, by uniknąć konfrontacji z kimkolwiek przez najbliższy tydzień, ale i tak wiedział, że to zupełnie niemożliwe. Dlatego przez moment mamrotał jeszcze coś pod nosem i wyszedł spod kołdry, kierując się do łazienki. Podpytał jeszcze, o której to wszystko się zaczyna, i gdy już miał się rozłączać, Momoi chyba zwiększyła prawdopodobieństwo jego przyjścia tam.
- Będzie tam też Kasamatsu. To chyba twój kolega, prawda?  
Kise przeklął głośno pod nosem, i nie mówiąc nic więcej rozłączył się, odłożył komórkę na pralkę i westchnął. Potrzebny mu będzie gorący prysznic przed wyjściem.
Powoli zmierzchające się słońce zapowiadało, że przy domie Aomine od dłużej chwili trwała wspomniana niedawno impreza. Tlący się płomień ognia wyskakiwał w górę, chcąc sięgnąć nieba i jednocześnie otulał swoim żarem towarzyszące mu grube gałęzie ściętych drzew. Nad ogniskiem zaś powbijane na zabójcze, cieńsze paliki smażyły się smakowite kiełbaski, którym towarzyszyły również pianki, w akompaniamencie śmiechów grupy zebranej dokoła niego. Wszyscy za wyjątkiem jednej, najwyżej pośród nich persony ogrzewali się siedząc dokoła ciepła, zaś on sam – chłopak z wyjątkowo zmęczonym wyrazem twarzy, na którą opadały średniej długości fioletowe włosy, stał przy znajdującym się niedaleko, wmurowanym w ścianę domu grillu i pilnował piekącego się mięska, chleba oraz warzyw, o które poprosiła Satsuki. Jednym uchem słuchał, co jego koledzy mieli do powiedzenia, zaś drugim to wypuszczał. Jednym okiem zerkał w ich stronę, czy aby przypadkiem, ktoś nie zrównuje z nim kontaktu wzrokowego, a drugie kierował na pilnowane przez siebie jedzenie, pożerając je. Dopóki nikt tego nie zauważył, Murasakibara mógł się cieszyć, że zjadł jako pierwszy, ale owa passa nie trwała jakoś specjalnie długo. Siedzący najbliżej niego Shintarō, niby udawał, że nic go nie interesuje i tylko co i raz poprawiał swoje okulary na nosie, ale jednocześnie dokładnie wszystko i wszystkich obserwował. Wiedział, kto i ile zjadł o jakiej porze, kim była ostatnia osoba, która wyciągnęła ostatnią piankę z torebki oraz ile węgla zostało w grzecznie stojącej torbie przy drzwiach wejściowych do domu. Nie było to specjalnie trudne, zważywszy na to, że wszyscy zajęli się żywą rozmową.
Jednakże ową szczęśliwą rozmowę, przerwał nagły odgłos podobny do szurania. Midorima miał już po dziurki w nosie oglądania tego, jak „nie” zachowuje się Atsushi, dlatego wstał, skupiając uwagę wszystkich na sobie. Obrócił twarz w stronę najwyższego chłopaka i zwęził groźnie brwi.
- Widzę co robisz, przestań podjadać – wycedził przez zęby spokojnym głosem, jednak na nic się to nie zdało.
- Skąd wiesz, że to robię? – Murasakibara wydawał się kompletnie niewzruszony słowami okularnika i jedynie posłał mu pełne pogardy spojrzenie.
- Przecież widzę, że zjadłeś grillującego się kurczaka – burknął, będąc pewny swojego punktu widzenia. Jego nikt nie mógł oszukać, a tym bardziej intelekt jego kolegi, który nie stanowił w mózgu nawet połowy jego wzrostu. – Nie kłam, Murasakibara.
- Ale ja nie kłamię, Mido-chin – odparł obojętnie i nałożył na tackę gotowe mięsko, zapełniając grill kolejnym – Ktoś jest głodny?
Midorima zwęził brwi i wstał. Podszedł do swojego dwumetrowego kolegi, jednak ten nawet nie zareagował. Spojrzał tylko na niego kątem oka, dalej nakładając jedzenie na ruszt. Zignorował zielonowłosego, jakby ten był tylko powietrzem.
- Nie ignoruj mnie, Murasakibara! – warknął zirytowany Shintarō i lekko pchnął drugiego.
Niestety, było to osobliwie złe zagranie, ponieważ, zbyt nagła chęć ukazania swojej przewagi nad wzrostem Atsushiego, była nie na miejscu. Fioletowowłosy odłożył szczypce do grilla na wolną przestrzeń obok i wyciągnął dłoń w stronę Midorimy, marszcząc przy tym czoło, przez co jego brwi wyglądały złowrogo.
- Zgniotę cię, Mido-chin.
Całej tej sytuacji z boku przyglądał się Seijūrō, zajęty rozmową z ewidentnie znudzonym Kasamatsu, który odkąd się tutaj znalazł jakiś czas temu, nadal zastanawiał się, czy na pewno był to dobry pomysł. Zdawało mu się jakby kompletnie nie pasował do Pokolenia Cudów, jednakże rozmowa z ich byłym kapitanem wydawała się ciekawsza, niż siedzenie w domu. Nawet jeśli i tak będzie musiał skończyć z koszykówką tuż po tym, jak pójdzie na studia. Westchnął ciężko i przyciągnął do siebie kijek, który trzymał w dłoni, by zjeść gotową już piankę, acz w tym samym momencie doszedł do niego fakt, iż Akashi wstał i utkwił swój wzrok w kłócącej się dwójce. Dochodziło już między nimi do rękoczynów, lecz nikt nie zareagował wcześniej, dopóki Seijūrō nie wstał i nie obciął ich swoim przeszywającym na wskroś wzrokiem.
- Przestańcie! – jednak zanim odezwał się czerwonowłosy, Satsuki niespodziewanie się podniosła i głośno krzyknęła, robiąc przy tym dużo szumu.
Wszyscy, w tym nawet kłócący się zamilkli, a Aomine, widząc jak bardzo zirytowana jest Momoi, przyciągnął ją do siebie i krzywiąc się, posłał mordercze spojrzenie do Murasakibary. Ten się lekko zmieszał, spuścił swój wielki, ale głupi łeb, a widząc przed sobą mniejszego o prawie czterdzieści centymetrów Akashiego, zagryzł wargę. Midorima odsunął się nieznacznie, próbując zniknąć z pola walki, jednak nie udało mu się to.
- Jesteście gorsi niż dzieci – powiedział z westchnięciem Seijūrō i rozłożył z politowaniem ręce.
- Przepraszam, Aka-chin – Murasakibara najwidoczniej od razu okazał skruchę, zważywszy na to, że do swojego byłego kapitana zawsze czuł respekt i słuchał tylko i wyłącznie jego rozkazów.
Akashi uśmiechnął się tylko lekko i zmusił wielkoluda do spuszczenia głowy. Wszyscy w ciszy przyglądali się tej scenie, jakby bojąc się o życie winnego, ale nie zaszła taka potrzeba. Seijūrō jedynie pogłaskał chłopaka po włosach i odszedł bez słowa, zostawiając wszystkich z grobowymi minami. Sam Murasakibara był zaskoczony, ale uśmiechnął się zaraz lekko i wrócił do swojej pracy, odprowadzając mniejszego wzrokiem do ogniska. Nawet Midorima w ciszy usiadł na miejsce i spuścił wzrok na swoje buty, zagryzając wargę. Nikt by się nie spodziewał, że Akashi miał na nich taki idealny wpływ. Nawet Kuroko, który jak dotąd siedział cicho, wpatrywał się w nich w zaskoczeniu.
- A właśnie, Atsushi – podjął czerwonowłosy, gdy rozsiał się wygodniej – W twojej drużynie był taki chłopak, z którym często cię widziałem, czemu go nie przyprowadziłeś?
Atsushi podszedł do ogniska i położył na stoliku niedaleko kolejną tackę z jedzeniem, unosząc brew.
- Muro-chin? – stanął nad Akashim i podrapał się po głowie – Jak tylko napisał egzaminy, wyjechał do Stanów. Mówił, że tam chce się dalej uczyć.
- W Ameryce?! – Momoi aż podskoczyła z wrażenia, wpatrując się w najwyższego – Ale świetnie!
- Kagami-kun – nagle ni stąd ni zowąd do rozmowy dołączył się Kuroko, aż wszyscy zwrócili na niego wzrok, bo ton jego głosu wydawał się brzmieć na przygaszony – Też wyjechał.
Aomine parsknął śmiechem i skrzywił się, nie spodziewał się tego. Od zawsze myślał, że był z Taigą blisko, a tu proszę, taka niespodzianka. Powstrzymał się od powiedzenia słów, że „światło cię już zostawiło, a cień bez niego istnieć nie może” i jedynie oparł brodę na dłoniach złożonych w pięści i spojrzał w zamyśleniu w tańczące płomienie ognia
. Atmosfera trochę przygasła, ale nie na długo, ponieważ Shintarō, który wciąż czuł się winny kłótni, zaraz zmienił temat.
- Jak wam poszły egzaminy końcowe, co?
- Cześć, przepraszam za spóźnienie! – w oddali można było także usłyszeć głos Kise, który właśnie zamykał drzwiczki od bramy i biegł w ich stronę.
Zdyszany podbiegł do ogniska, a widząc jak Kuroko zrobił mu miejsce między sobą a Kasamatsu, jasnowłosy podbiegł i najpierw pogłaskał Tetsuyę po głowie, mówiąc jak bardzo za nim tęsknił, ale nie spotkał się z entuzjazmem. Dlatego wymamrotał coś pod nosem obrażony i, jako swoją drugą ofiarę, wybrał sobie Kasamatsu. Jednak z jego strony wyszło o wiele gorzej. Oprócz krzyków i rzucania się Yukio, Kise za krótki moment oberwał przez łeb, jęcząc obrażony, że nikt się nie cieszy z jego przybycia i go nie lubi.
- Debil jesteś, Kise – Aomine wyśmiał go z zadowoleniem, powodując iż Ryōta napuszył się jak paw - Nie zgubiłeś mózgu po drodze?
- Ja przynajmniej miałem go od urodzenia – odparł jasnowłosy lekko się krzywiąc i biorąc jedzenie, które podał mu na papierowym talerzyku Murasakibara – Co mnie ominęło?
- Rozmawialiśmy o naszych wynikach z egzaminu – Satsuki aż wstała z szerokim uśmiechem i poprawiła włosy – Średnia moich egzaminów to prawie dziewięćdziesiąt procent!
- Ja zaliczyłem historię i język japoński na maksimum – Akashi uśmiechnął się triumfalnie, unosząc dumnie głowę do góry.
- Gdybym dostał jeden punkt mniej z historii, nie zdałbym, haha! – Aomine parsknął śmiechem, ale tym samym to on teraz oberwał przez łeb od Satsuki. – No za co?!
Wszyscy wesoło śmiali się rozmawiając o swoich wynikach, jedynie Ryōta siedział w ciszy i tylko ich obserwował, uśmiechając się co i raz, kiedy ktoś zwrócił na niego uwagę. W momencie, w którym z ust jego senpaia dostał to pytanie, chłopak poczuł jakby serce skręciło mu się w piersi. Kasamatsu, by dodać mu otuchy położył dłoń na jego ramieniu i posłał w jego stronę pełny wsparcia uśmiech. Jak się okazało, oczywiście każdy to zauważył, wpatrując się w jasnowłosego wyczekująco, ale nie musieli długo czekać. Ryōta spuścił głowę i zagryzł wargę, by zaraz spojrzeć ze łzami w oczach na Kasamatsu, jakby nikogo więcej tam nie było, a świat zatrzymał się w jednym miejscu.
- Nie zaliczyłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz